Moja nauczycielka z pierwszej wyższej
27. czwartek
Moja nauczycielka dotrzymała obietnicy i przyszła dziś do nas, właśnie w chwili kiedym miał wyjść z mamą i zanieść trochę bielizny biednej kobiecie, o której wyczytaliśmy w gazecie.
Już rok prawie upłynął od jej ostatnich odwiedzin. Wszyscyśmy się ucieszyli bardzo. Zawsze ta sama. Drobna, mała, z zieloną woalką25 wkoło kapelusza, biednie ubrana, źle uczesana, nie mająca nigdy czasu, żeby spocząć; trochę tylko bledsza niźli w roku zeszłym, z kilkoma więcej włosami siwymi, i kaszle ciągle.
Zaraz też matka moja powiedziała:
— Jakże tam ze zdrowiem, droga pani? Pani go nic a nic nie szanuje, jak widzę.
— Ech, co tam zdrowie! — odrzekła nauczycielka z tym swoim uśmiechem, co to przez pół smutny, a przez pół wesoły.
— Pani zanadto głos natęża przy lekcjach — dodała mama.
— Pani się zamęcza z tymi chłopakami...
I prawda! Przez cały czas nauki słychać jej głos w klasie; pamiętam to dobrze, z czasów kiedym do niej chodził. Mówi ciągle, mówi głośno, żeby uwagę chłopców utrzymać, a nie usiądzie ani na minutę. Wiedziałem też z góry, że do nas przyjdzie, bo nigdy nie zapomina o swoich uczniach, całymi latami pamięta ich imiona, a przyjdą miesięczne egzaminy, to biegnie pytać dyrektora, jakie mieli stopnie; nieraz też czeka u wyjścia i każe sobie pokazywać zadania, żeby zobaczyć, jakie zrobili postępy. Wielu też przychodzi do niej z gimnazjum jeszcze, choć już noszą długie spodnie i mają zegarki.