A ja patrzyłem na jego twarz bladą i miałem serce ściśnięte smutkiem, sam nie wiem czemu.

— Słuchaj, chłopcze — zaczął po chwili znów mówić — spodziewam się wygrzebać jakoś z tej choroby. Ale gdybym się nie wygrzebał, uważasz, to przykładaj się bardziej do arytmetyki, bo to twoja słaba strona. Przezwycięż się, przemóż. Tylko o pierwsze przemożenie się chodzi na razie, bo tobie nie zdolności brak, ale skupienia myśli, wpatrzenia się w przedmiot, że tak powiem...

Tu odetchnął głęboko; znać było, że cierpi.

— Gorączkę mam — westchnął — że ledwo już żyję... Pamiętajże, dziecko! Arytmetyka, zadania arytmetyczne, do tego się ostro zabrać musisz! Nie uda się pierwszym razem? Odpocznij — i znowu je za łeb! Nie uda się i drugim razem? Znowu odpocznij i — do nich! A spokojnie, a wytrwale, a bez niepotrzebnego pośpiechu, bez nabijania sobie głowy... Idź. Pokłoń się mamie.

A nie drap się już na te schody... Zobaczymy się w szkole.

A jakbyśmy się już nie zobaczyli, wspomnij czasem twego nauczyciela z trzeciej, który cię kochał.

Na te słowa rozpłakałem się. A on:

— Przychyl głowę...

Przychyliłem głowę do poduszki, pocałował mnie we włosy.

Potem rzekł jeszcze: