— Poddaj się!
— Nie poddam!
— Poddaj się!
— Nie!
W mgnieniu oka Stardi się zerwał, chwycił Frantiego wpół, przegiął go z szalonym wysiłkiem i wściekle o bruk cisnąwszy, padł mu jednym kolanem na piersi.
— O nikczemnik, ma nóż! — krzyknął jakiś człowiek nadbiegając, aby rozbroić Frantiego. Ale już Stardi chwycił niegodziwca obu rękami za ramię i tak go ugryzł w zaciśniętą pięść, że nóż mu z niej wypadł, a krew broczyć zaczęła.
Teraz dopiero nadbiegli inni, rozerwali ich, podnieśli; Franti powlókł się poturbowany, na czworakach prawie, a Stardi został na placu bitwy, podrapany srodze na twarzy, z okiem podbitym, ale zwycięski, obok płaczącej siostry, wpośród chłopców, którzy zbierali rozrzucone po ulicy książki i kajety.
— Dzielny malec! — odzywały się dokoła głosy kobiet. — Nie dał ukrzywdzić siostry! Obronił!...
Ale Stardi, który się bardziej troszczył o swój tornister niźli o zwycięstwo, zaraz zaczął po jednemu oglądać najpierw książki, potem kajety, czy nie brakuje czego, czy wszystko w całości, powycierał rękawem, obejrzał piórnik, każdą rzecz na swoim miejscu ułożył, po czym spokojny i poważny jak zwykle rzekł do swojej siostry:
— Pójdźmy prędko, bo mam robić zadanie na wszystkie cztery działania.