— Milcz! — i podniósł nóż nad kaleką.
Jeden i drugi mieli twarze obwiązane ciemnymi chustkami, że tylko oczy błyszczały złowrogo.
Przez chwilę słychać było tylko przyśpieszony oddech wszystkich czworga, zmieszany ze szmerem słabnącego deszczu. Staruszka dyszała chrapliwie, oczy jej były wysadzone z głowy.
Wtem złoczyńca trzymający chłopca zaszeptał mu do ucha:
— Gdzie ojciec pieniądze chowa?
Chłopiec szczękając zębami odpowiedział cicho:
— Tam... w skrzyni...
— Pójdź, prowadź — rzekł człowiek.
I powlókł go do stancyjki, trzymając mu rękę na gardle.
W stancyjce stała ślepa latarka na podłodze.