Kiedy opadła, ziemia była pokryta końmi i ułanami, co ich przez pół było martwych, a zaś przez pół rannych. Obejrzę ja się i widzę w pośrodku naszego batalionu stoi Humbert na koniu, spokojnie, i tylko patrzy po nas, jakby chciał zapytać:
„Nie podrapali mi tam moich zuchów?”
Tak my zaraz poczęli krzyczeć: „Wiwat!” Tak prosto w twarz my mu krzyczeli, jak wariaty. To była chwila!... Niech licho porwie, jaka to była chwila!...
A otóż i pociąg...
Muzyka zaczęła grać hymn narodowy; panowie cywilni iwojskowi podbiegli, publiczność wspięła się na palce.
— E, nie wyjdzie jeszcze tak zaraz, bo będą mowy — rzekł jeden ze straży.
Ojciec Coretti nie mógł się powstrzymać w opowiadaniu.
— Hej, kiedy o nim myślę, to jakbym go tam widział... Były przecie i cholery, i trzęsienia ziemi, i licho wie nie co, i tam też wszędzie mężnie stał; ale ja go tak widzę, jakem go widział wtedy w pośrodku naszego karabatalionu z tą spokojną twarzą. I pewny jestem, że on też dobrze naszą czwórkę pamięta, nawet teraz, kiedy już królem jest, i że chciałby nas kiedy tak wszystkich razem przy swoim stole zobaczyć, jak nas wówczas widział. Cóż! Teraz ma jenerałów, szambelanów, dwór. A wtedy miał tylko nas, żołnierzy biedaków... Oj, żebym ja mógł z nim pogadać tak we cztery oczy... Nasz jenerał!... Dwadzieścia dwa lat! Jak świeca! Nasz książę, co naszym bagnetom się powierzył! Piętnaściem lat go nie widział... Nasz Humbert! E!... A jeszcze ta muzyka człowiekowi wątrobę przewraca! Eh!...
Wtem przerwał mu wybuch okrzyków. Tysiące kapeluszy zaczęło powiewać w powietrzu. Czterech panów czarno ubranych wsiadło do pierwszego pojazdu.
— To on! — krzyknął Coretti i wpatrzył się jakby urzeczony.