Potem rzekł cicho:
— Matko Boska! Jak też posiwiał!
Wszyscy trzej odkryliśmy głowy; pojazd odkryty z wolna się ku nam toczył, wśród okrzykującego, machającego kapeluszami tłumu. Spojrzałem na ojca Corettiego. Wydał mi się zupełnie innym. Był jakby wyższy, poważny, trochę bladawy, sztywno okolumnę oparty.
Pojazd zbliżył się tak, że ledwie o dwa kroki był od niego.
— Niech żyje! — krzyczano dokoła.
— Niech żyje! — krzyknął z innymi Coretti.
Król spojrzał mu prosto w twarz i zatrzymał wzrok przez chwilę na jego medalach.
A Coretti całkiem głowę stracił i jakże nie ryknie:
— Czwarty batalion czterdziestej dziewiątej kompanii!
Król, który tymczasem patrzył gdzie indziej, zwrócił się znów nagle w naszą stronę i patrząc bystro w oczy Corettiemu, rękę do niego wyciągnął.