Skoczył Coretti, chwycił ją, uścisnął z całej mocy. Pojazd ruszył, tłum się ruszył, zakołysał i oddzielił nas na chwilę od ojca Corettiego. Aleśmy go zaraz zobaczyli znowu. Zdyszany był, oczy miał wilgotne, i wyciągnąwszy rękę w górę syna po imieniu zawołał. Mały Coretti rzucił się ku ojcu, a ów krzyknął:
— Prędzej, chłopcze! Prędzej, póki ręka ciepła jeszcze... — I powiódł mu ręką dokoła twarzy mówiąc: — To jakby cię król pogłaskał.
I stał jak senny utkwiwszy oczy w dalekim już pojeździe, uśmiechnięty, z zagasłą fajką w ręku, wpośród ciekawego tłumu, który go otoczył dokoła.
— To jeden z karabatalionu czterdziestej dziewiątej! — mówiono.
— To żołnierz, co króła zna...
— To król poznał tego żołnierza...
— Król do niego rękę wyciągnął...
— Suplikę136 królowi dał... — rzekł jeden głośniej.
Wyprostował się na to Coretti i nagle odwrócił.
— Nie! — zawołał. — Nie dałem mu żadnej supliki! Dałem mu zupełnie co innego, jeśli chcecie wiedzieć!