Staruszek też zdjął kapelusz.
— Tak, panie!
Głos jego drżał trochę, ale był dźwięczny, czysty.
— No, to niechże pan pozwoli — zawołał mój ojciec, ujmując jego rękę — niech pan pozwoli dawnemu uczniowi swojemu uścisnąć zacną dłoń swoją i powitać się serdecznie... serdecznie! Przybywam z Turynu, żeby odwiedzić pana.
Staruszek patrzał zdumiony. Potem rzekł:
— Zaszczyt to dla mnie... Nie wiem prawdziwie... Kiedy pan był moim uczniem? Przepraszam! Nazwisko pana? Jeśli łaska...
Ojciec mój powiedział swoje nazwisko: Albert Bottini, i rok, w którym był w jego klasie i gdzie, a potem dodał:
— Pan nie może mnie pamiętać, to rzecz prosta. Ale ja wybornie pana pamiętam!
Stary nauczyciel pochylił głowę i patrząc w ziemię zamyślony powtórzył kilka razy nazwisko mego ojca, który patrzył na niego tymczasem z uśmiechem i rozrzewnionym wzrokiem.
Naraz podniósł staruszek twarz z rozrzewnionymi oczyma.