— Albert Bottini? Syn inżyniera Bottiniego? Tego, który mieszkał na placu Consolata?

— Ten sam! — zawołał ojciec wyciągając ręce.

— Jak tak — rzekł staruszek — to niechże mi będzie wolno... drogi panie... niech mi będzie wolno...

I mówiąc tak, objął mego ojca. Biała jego głowa sięgała ojcu ledwie do ramienia. Ojciec pochylił się i przytulił twarz do jego twarzy.

— Bądźcie łaskawi do mnie — mówił nauczyciel.

I zaraz się zawrócił na ścieżynie, prowadząc nas do swego domu. W kilka minut weszliśmy na małe podwórko przed niskim domkiem o dwóch wyjściach. Przed jednym z nich wznosił się kawałek wybielonego muru.

Nauczyciel otworzył drugie wejście i zaprowadził nas do pokoju. Cztery białe ściany, w kącie łóżko składane, przykryte kołdrą w białe i niebieskie kraty, w drugim kącie biurko z małą biblioteczką, cztery krzesła, wielka, stara mapa przybita do ściany i rzeźwy zapach jabłek.

Siedliśmy wszyscy trzej. Nauczyciel i mój ojciec patrzyli na siebie przez chwilę w milczeniu.

— Bottini! — zawołał wreszcie nauczyciel utkwiwszy oczy w ceglaną podłogę, na której słońce kładło złote plamy. — Jakżeby nie?... Pamiętam! Doskonale pamiętam!... Miał matkę, taką dobrą, taką zacną panią! Jakże nie? Przecież pan siedziałeś w pierwszej ławce na lewo, niedaleko okna! Widzisz pan, że pamiętam pana! Taka ciemna, kędzierzawa głowa!

Zamyślił się na chwilę.