— A-de-la-i-da.
— Jak się nazywa ten Instytut?
— Głu-cho-nie-mych.
— Ile będzie dwa razy dziesięć?
— Dwa-dzie-ścia.
No, i kiedyśmy myśleli, że się zacznie śmiać z radości — nagle płakać zaczął.
— Ależ, panie — przekładała mu nauczycielka — zamiast się cieszyć, to pan płacze? Wszak pan ma powód do radości, nie do smutku! Patrz pan! Córka pana także płacze. Niechże więc pan przestanie i powie mi, czyś pan zadowolony.
Ogrodnik pochwycił rękę nauczycielki i całując ją po wiele razy mówił:
— Dziękuję! Dziękuję stokrotnie! Tysiąckrotnie dziękuję dobrej, drogiej pani! I niech mi też pani wybaczy, że tego lepiej powiedzieć nie umiem.
— Ale córka pana umie i pisać także — dodała nauczycielka — i rachować. Wie, jak się co nazywa w domu. Umie także trochę historii, trochę geografii. Jest teraz w normalnej klasie. Ale jak jeszcze dwie wyższe klasy ukończy, będzie umiała o wiele więcej. Po wyjściu stąd będzie mogła zająć się czymś, wybrać sobie profesję jakąś. Niektóre z dawnych naszych uczennic głuchoniemych są w sklepach i tak dobrze obsługują kupujących, jak i inne.