„Jego cesarska mość zwrócił się do mnie i podniesionym głosem rzekł: «Jest niechrześcijańskim postępkiem ułatwiać czyjeś samobójstwo. Samobójstwo jest w ogóle niechrześcijańskie i jeśli się komuś daje możliwość jego popełnienia, to jest to barbarzyństwem. Jak można pozwolić na śmierć człowieka bez ostatnich sakramentów, chociażby nawet był okrutnym zbrodniarzem? Każdy złoczyńca mający być powieszonym otrzymuje przed szubienicą ostatnie błogosławieństwo. Zresztą należał się temu łotrowi stryczek. Ja byłbym dał zupełnie spokojnie rozkaz powieszenia go, ale wydanie rozkazu samobójstwa jest niechrześcijańskie». Wtrąciłem do rozmowy uwagę, że samobójstwo nie było nakazane, ale cesarz odpowiedział niezbyt łaskawie: «Tylko bez żadnego gadania. Już dość na tym, że nie przeszkodzono samobójstwu». Był również bardzo niezadowolony, że nie wiedziano zupełnie o stylu życia Redla, i powtórzył, iż było skandalem, że takiego człowieka zaproponowano do odznaczenia koroną (Order Żelaznej Korony 3. klasy121)”.
Drugi list, pisany przez wysokiej rangi oficera, odnosi się do zamierzonej reformy szkoły wojennej i sztabu generalnego, której arcyksiążę chciał dokonać w związku z aferą Redla. „Jak mi tajnie z wojskowej kancelarii arcyksięcia-następcy tronu donoszą, jego cesarska wysokość zamierza przeprowadzić całkowitą reorganizację szkoły wojennej. Afery absolwentów szkoły wojennej — Jandricia122 (szpiegostwo), Firbasa (szpiegostwo) i Hofrichtera123 (otrucie), a przede wszystkim Redla — wskazują na panujący tam niski poziom moralny. Należy żelazną ręką zaprowadzić porządek. Gniew arcyksięcia skierowany był głównie przeciw szefom sztabów korpusów, szefom sztabu dywizji i kierownikom biur sztabu generalnego. Żądał on odwołania wszystkich tych panów z zajmowanych stanowisk i reorganizacji całego sztabu. Arystokracja powinna być powołana do sztabu generalnego i musi zniknąć uprzedzenie, jakoby mogła służyć jedynie w kawalerii”.
Arcyksiążę błędnie interpretował przyczyny tych wykroczeń absolwentów szkoły wojennej i sztabowców. Egzaminy i warunki przyjęcia do szkoły były tak ciężkie, a materiały naukowe w takim stopniu sprzeczne wewnętrznie, że jedynie chorobliwa, patologiczna ambicja mogła mieć widoki powodzenia. Szczególne uzdolnienie do jednego przedmiotu (np. talent rysunkowy, strategiczny, matematyczny lub językowy) okazywało się raczej szkodliwe niż pożyteczne, ponieważ taka specyficzna umiejętność zwykle realizowana była kosztem innego obszaru aktywności. Z takim zasobem zaparcia się siebie, energii i ambicji, jak ten potrzebny do przyjęcia do sztabu generalnego, mógł każdy równie dobrze zostać akrobatą. Arcyksiążę nie zdawał sobie sprawy z tego, że taka ambicja może prowadzić także do zbrodniczej działalności dla kariery lub pieniędzy, i wolał składać całą winę na plebejskie pochodzenie.
Gdy arcyksiążę widział, że jego radykalne zamiary nie dadzą się przeprowadzić, zwrócił się ze zdwojoną nienawiścią przeciw biuru ewidencyjnemu. Sąd o tym znajduje się w jednym jego liście: „Nie wiem, po co istnieje biuro ewidencyjne, jeżeli nie zauważono, że jakiś oficer posiada jedno lub dwa auta i urządza orgie”.
Szef biura ewidencyjnego, generał porucznik Urbański, był tym, przeciw któremu w szczególności skierowane zostały napaści arcyksięcia. Pomimo że szef sztabu generalnego i minister wojny zwrócili uwagę na fakt, iż biuro ewidencyjne spełniło swój obowiązek i zdemaskowało Redla, tak doskonale przecież obeznanego z techniką szpiegowską, następca tronu nie był przekonany i podtrzymywał swe oskarżenia. Urbański wystąpił z wnioskiem o wszczęcie dochodzenia sądowego w sprawie jego postępowania dotyczącego Redla, jednak prośba ta została odrzucona.
Generał Urbański mówi z wielką goryczą o zmartwieniach i prześladowaniach, jakie go dotknęły wskutek postępowania następcy tronu. Na moją prośbę przedstawia całą sprawę następująco:
„Wskutek ciągłej korespondencji kancelarii wojskowej następcy tronu z biurem ewidencyjnym w tym czasie ciągłej obawy wojennej zarówno ja, jak i mój personel, odczuliśmy w bardzo przykry sposób ustawiczny nacisk arcyksięcia. Ekscelencja Conrad von Hötzendorf pocieszał mnie tym, że postępowanie arcyksięcia ulega często zupełnej zmianie; mówił o zbliżających się wielkich manewrach, gdzie będę miał na pewno sposobność przekonania w jakiś sposób następcy tronu o mojej niewinności w aferze Redla. W pierwszym rzędzie oskarżano mnie, że dopuściłem do samobójstwa, co sprzeciwia się religii katolickiej. Bezsporne motywy, które przemawiały za samobójstwem, zostały uznane przez wszystkich członków komisji — ja nie byłem w niej najstarszy stopniem, a mimo to gniew arcyksięcia skierowany został głównie przeciwko mnie. Ja powinienem był zwrócić uwagę na namiętności Redla, ja winienem był zauważyć jego tryb życia, a w szczególności utrzymywanie automobili. Redl był kawalerem, posiadał bezpłatne mieszkanie i stajnię w komendzie korpusu w Pradze, otrzymywał pełne pobory pułkownika-szefa sztabu i dlatego miał wielkie dochody. Zresztą wiedziałem z jego dokumentów kwalifikacyjnych, iż przed laty dostał niewielki spadek, a do mnie został przydzielony z następującą uwagą w papierach: «Posiada własny majątek». Jak długo Redl był moim podwładnym, nie miał własnego auta. Za jego późniejszy styl życia podczas pełnienia służby pułkowej i jako szefa sztabu w Pradze nie można uczynić mnie odpowiedzialnym.
Skierowanie całego gniewu następcy tronu na moją osobę było wręcz patologiczne, ale najgorsze miało dopiero nastąpić. W wielkich manewrach roku 1913, odbywających się w okolicy Taboru124 (nawiasem mówiąc to właśnie wówczas następca tronu przez nader szczególne wystąpienie zwrócił na siebie uwagę, dając w drugim dniu manewrów rozkaz zaprzestania walki i nowe wskazówki, zgodnie z którymi dywizja jazdy nabrałaby specjalnego znaczenia — wbrew zdumieniu szefa sztabu generalnego i kierownictwa manewrów), prowadziłem, jak zwykle, kwaterę dla obcych attaché, to jest byłem kierownikiem grupy zagranicznych oficerów, przybyłych jako goście na te ćwiczenia. Przy ich prezentacji obecny był arcyksiążę, wbrew swemu dotychczasowemu zachowaniu bardzo wobec mnie chłodny. Nie podał mi ręki i w ogóle ze mną nie rozmawiał, tak że ci oficerowie byli zdumieni afrontem, jaki mnie spotkał. Tak samo było i po manewrach, gdy w kilka miesięcy później pewne zdarzenie sprowadziło na mnie jeszcze większy gniew arcyksięcia. Otóż pewien student zakupił z masy spadkowej po Redlu aparat fotograficzny, który zawierał jeszcze jeden niewywołany film. Film ten został przez niego wywołany — przedstawiał odbitkę tajnego rozkazu mobilizacyjnego. Pewna gazeta przyniosła sensacyjną wiadomość, że film zawierał tajny rozkaz arcyksięcia do komendy 8. korpusu w Pradze. W kilka godzin później nadszedł telegram z Konopiszt z rozkazem przeprowadzenia surowego śledztwa i bezwzględnego ukarania winnych. Pomimo że nie mogłem mieć żadnego wpływu na tok śledztwa, prowadzonego w sprawie Redla w Pradze, poczułem się w obowiązku udzielić sądowi rady, by oznaczył pewną sumę jako szkodę, którą poniosło dowództwo wojskowe wskutek działalności szpiegowskiej pułkownika. Chciałem w ten sposób spowodować, by cały spadek po Redlu przeszedł na własność wojska. Z moralnego punktu widzenia uważałem za niedopuszczalne, by rodzina wzbogaciła się majątkiem zdobytym w tak zbrodniczy sposób, a dodatkowo zależało mi na tym, by pewne sprawy pozostające w związku z aferą Redla, jeszcze niejasne i nieodkryte wskutek bardzo obszernego materiału, nie trafiły przez licytację w niepowołane ręce i przez to nie wywołały nowych komplikacji. Dowództwo wojskowe mogłoby dysponować całym majątkiem — co niepotrzebne zniszczyć, a pieniądze i rzeczy wartościowe przekazać na jakiś dobroczynny cel. Jednakże sąd — z niewiadomych mi przyczyn — nie uznał zasadności mojej rady i w ten oto sposób cała masa spadkowa została zlicytowana przez notariusza. Gdy się o tym dowiedziałem, zwróciłem uwagę dowództwu korpusu, by przed oddaniem spadku notariuszowi przeprowadzono ścisłą kontrolę majątku ze względu na działalność szpiegowską Redla. Dowództwo usłuchało mej rady i wydelegowało komisję do zbadania spadku; mimo to mogło się zdarzyć, że nikt nie pomyślał o tym, by aparat fotograficzny, jako najważniejszy corpus delicti125, dokładnie przeanalizować. Pomimo że szczegóły te były następcy tronu doskonale znane, był on przekonany o mojej winie i nie pomagały żadne interwencje szefa sztabu generalnego, ministra wojny ani nawet wynik przeprowadzonego dochodzenia sądowego — wszystko okazało się daremne. Prascy audytorzy zostali w drodze karnej przeniesieni do innych garnizonów; mnie jednak nie można było tak łatwo posłać w odstawkę, dopóki nie pojawiłby się dobrze obznajomiony z moimi zadaniami następca.
W styczniu 1914 doszło do mnie urzędowe zawiadomienie, że w ciągu roku otrzymam dowództwo brygady i mam się natychmiast starać o odwołanie mego następcy, pułkownika von Hranilovicia126, z jego stanowiska wojskowego attaché w Bukareszcie, gdyż szef sztabu generalnego życzy sobie, byśmy przynajmniej pół roku pracowali razem dla zapoznania go z olbrzymim materiałem.
Zbliżały się święta wielkanocne 1914 roku. Nasz poseł w Cetyni127, baron Giesl młodszy, leżał po ciężkiej operacji w sanatorium w Berlinie. Sytuacja polityczna była wówczas bardzo naprężona, nieobecność naszego posła na tak ważnym posterunku jak Cetynia była dotkliwie odczuwalna. Cesarz życzył sobie, by Giesl jak najprędzej wrócił na swe stanowisko. Ledwie wyleczony wyjechał zatem do Cetyni. W tym czasie moje biuro otrzymało od wielu osób wiadomości, iż ze strony Czarnogóry planowany jest zamach na naszego posła, by jeszcze bardziej zaognić sytuację polityczną, i że akt ten ma być dokonany w czasie podróży na terytorium austriackim. Otrzymałem rozkaz, by przeprowadzić spokojny przejazd naszego posła, gdyż zamach wywołałby nieobliczalne skutki. Pojechałem do Cattaro. Poseł Giesl jeszcze na pełnym morzu przeniesiony został z okrętu na torpedowiec i na nim przybył zupełnie spokojnie do bazy marynarki wojennej, skąd już bez żadnych przeszkód wyjechał do Cetyni. W czasie pobytu w Spalato128 dowiedziałem się, że w najbliższym czasie zwolni się stanowisko tutejszego brygadiera. Widoki odpoczynku po bardzo męczącej pracy w biurze centralnym i prowadzenia spokojnego życia na prowincji tak mnie ujęły, iż zaraz po powrocie do Wiednia, 10 kwietnia 1914 roku, udałem się do ministra wojny z prośbą, by mi powierzono dowództwo brygady w Spalato. Jednak ku mojemu wielkiemu zdumieniu dowiedziałem się od ministra, że istnieje odpowiedni rozkaz następcy tronu, dotyczący mojej osoby — którego on, minister, jednak nie wykona — by mnie przeniesiono na stanowisko brygadiera do Semlina129 na granicy serbskiej, gdzie będę miał sposobność zrehabilitować się. A więc ciągle jeszcze niełaska! Bezcelowe było opieranie się wobec nieugiętego stanowiska arcyksięcia, który nigdy nie uzna cudzego zdania.