W szafce ściennej, mającej wygląd apteczki domowej, był aparat odbiorczy, który umożliwiał zarówno podsłuchiwanie stenografowi siedzącemu w sąsiednim pokoju, jak i wprawienie w ruch metalowej igły rejestrującej całą rozmowę na płycie gramofonowej. Każdą tajną książkę lub teczkę można było w ciągu kilku sekund otworzyć, wyświetlić za pomocą projektora na ścianie, sfotografować wszystkie strony i w mgnieniu oka — jak nietkniętą — odłożyć na miejsce, z którego została „wypożyczona”. Posiadano tutaj wszelkie dokumenty i kartoteki ze zdjęciami, rękopisami i próbkami maszynopisów wszystkich osób podejrzanych o szpiegostwo w Europie, w szczególności tych związanych z centralami wywiadowczymi w Brukseli, Zurychu8 i Lozannie9.

W latach 1900–1905 oficer sztabu Alfred Redl, będąc rzeczoznawcą we wszystkich procesach szpiegowskich w Wiedniu, nigdy nie zważał na żadne okoliczności łagodzące i zawsze żądał możliwie najwyższego wymiaru kary. W roku 1902 jego energiczne działania doprowadziły do skazania byłego oficera Alexandra von Carica na cztery i pół roku ciężkiego więzienia, a międzynarodowego szpiega Paula Barstmanna i Włocha inż. Pietra Contina — na cztery lata. Gdy Redl w 1904 przeprowadzał rewizję w domu aresztowanego pod zarzutem szpiegostwa majora Wienckowskiego, pełniącego rolę dowódcy lwowskiej wojskowej komendy uzupełnień, potrafił wciągnąć w pozornie niewinną rozmowę sześcioletnie dziecko podejrzanego i w tym sposobem dowiedzieć się, gdzie ojciec przechowywał tajne papiery. Na uwagę zasługuje fakt, że Redl był całkowicie pozbawiony jakichkolwiek uczuć, czego dowodem jest następujące zdarzenie, które miało miejsce w Wiedniu: człowiek nazwiskiem Jonasch dał pewnemu fotografowi rysunek planu twierdzy do sfotografowania. Doniesiono o tym policji i — gdy przyszedł po zamówione zdjęcie — został aresztowany. Wcześniej Jonasch był już skazany na 9 lat wiezienia za oszustwo. W trakcie aresztowania od razu przyznał się, że chciał sprzedać za granicą fotografię jako plan fortecy Trydent10, gdy w rzeczywistości był to zwykły „schemat nowoczesnej twierdzy”, rysunkowa kopia wzorowana na ilustracji z powszechnie dostępnej książki o fortyfikacjach. Ponieważ twierdzenie to okazało się prawdą, policja chciała od razu zwolnić Jonascha. Jednak powiadomiony o zajściu Redl zaprotestował i zażądał, by więźnia doprowadzono do sądu, motywując to zarządzenie wyjaśnieniem, że nie zaszkodzi mu, jeśli posiedzi kilka tygodni, a dla biura tak będzie lepiej. Jonasch musiał spędzić w więzieniu 5 miesięcy, zanim go wypuszczono.

Możliwe, że konsekwencją tej taktyki Redla był gwałtowny rozwój kontrwywiadu — szybszy nawet, niż on sam mógł przypuszczać. Po pewnym czasie, już jako podpułkownik, Redl został odkomenderowany do służby w piechocie, zgodnie z wymogami drabinki szczebli kariery oficerów sztabowych. Po roku generał von Giesl, który wówczas był komendantem 8. korpusu garnizonu w Pradze, zażądał, by został mu przydzielony jego dawny referent szpiegowski, Redl. Piętnastu okręgom korpusowym armii austro-węgierskiej przydzielone były oddziały sztabowe, których kierowników określano mianem szefów sztabu, podczas gdy dowódcy całego sztabu przysługiwał tytuł szefa sztabu generalnego c. k.11 armii. Po kilkuletniej służbie w stolicy Redl, jako pułkownik i szef sztabu, został przeniesiony do Pragi. Praga go potrzebowała, potrzebowano człowieka z konfidencjonalnymi12, nieoczywistymi powiązaniami. Czeskie prawo państwowe (Böhmische Staatsrecht, České státní právo)13, skierowane przeciwko wiedeńskiemu centralizmowi, miało tutaj tysiące zwolenników. Proces anty-militarystów przeciw narodowym socjalistom pokazał, jak ta potężna partia potrafi działać na szkodę armii. Przywódcy czeskich panslawistów14 kontaktowali się oficjalnie z rządami Rosji, Serbii i Bułgarii, na kongres Sokołów15 zapraszano sztaby państw słowiańskich. Władze austriackie musiały co i rusz konfiskować gazety prowincjonalne, podające wiadomości o rabunkowej gospodarce i bezwzględnym obchodzeniu się z ludnością w dobrach arcyksięcia Franciszka Ferdynanda16 w Konopiszt17. „Precz z Wiedniem” stało się hasłem, pod którym kryły się nastroje antydynastyczne i „zdrada stanu”.

Podczas gdy Redl organizował w Pradze służbę wywiadowczą, w Wiedniu powiększano ciągle zakres jego działania w celu zwalczania szpiegostwa wewnętrznego. Prawa konstytucyjne i tajemnica korespondencji zostały via facti18 ograniczone przez biuro ewidencyjne ze względu na obawę przed wojną. Poczta była kontrolowana; w tajnych, zamkniętych pokojach otwierano tysiące listów i jeśli ich treść była podejrzana, wdrażano śledztwo. Urzędnicy, przeprowadzający tę bezprawną kontrolę, nie wiedzieli, iż czynią to z polecenia wojskowego; myśleli, że praca ta służy wykryciu szczególnych nadużyć celnych i kontrabandy. O inwigilacji korespondencji prywatnej, wykonywanej przez „czarny gabinet”, a wprowadzonej dopiero po wysłaniu Redla do Pragi, przed wojną nie wiedział on ani nikt inny w Austrii. Skutkiem rozrostu i wzmocnienia kontrwywiadu były niezliczone procesy o tajne szpiegostwo. Zostali zdemaskowani między innymi rosyjski attaché19 wojskowy, pułkownik Martschenko20, i jego następca. Obaj zostali odwołani (pierwszego cesarz Franciszek Józef21 ostentacyjnie zlekceważył na balu dworskim), gdyż udowodniono im szpiegostwo.

W marcu 1913 otwarto dwa podejrzane listy, które przyszły na poste restante głównego urzędu pocztowego w Wiedniu — zakodowane pod szyfrem „Bal w operze 13”. Oba pochodziły z Ejdkun22; w środku nie było żadnego pisma, a jedynie 6 000 koron23 w pierwszej i 8 000 koron w drugiej kopercie. Trudno było przypuścić, by takie sumy wysyłano na poste restante, jeśli pieniądze pochodziłyby z legalnego źródła. (Cały budżet, którym dysponowało biuro ewidencyjne z przeznaczeniem na cele szpiegowskie, wynosił 150 000 koron rocznie, podczas gdy szef rosyjskiego biura w Warszawie otrzymywał na ten cel 5 000 000 rubli na rok). Adres na kopercie został napisany na maszynie.

Natychmiast poczyniono starania, by odbiorcę tych listów przechwycić. Dwóch detektywów oddelegowano od razu do stałej służby policyjnej na poczcie głównej, a ich pokój za pomocą dzwonka elektrycznego został połączony z okienkiem pocztowym: na znak urzędnika, że zgłosił się odbiorca, detektywi mieli natychmiast się pojawić. Tymczasem mijały tygodnie i miesiące. Urzędnik, który zarządził tę służbę na poczcie, szef policji dr Novak, został przeniesiony do ministerstwa i oddał sprawę swemu następcy, późniejszemu kanclerzowi, dr. Schoberowi24. Nikt jednak nie pytał o listy, w których było tyle pieniędzy.

Wieczorem 24 maja 1913 roku w sobotę, przed końcem godzin urzędowych, dzwonek alarmowy wyrwał agentów z kilkutygodniowego marazmu, spowodowanego bezcelowym oczekiwaniem. Nim jednak z pokoju inspekcyjnego na Fleischmarkt25 zdołali dotrzeć na pocztę, znajdującą się przy kościele Dominikanów26, mimo zamierzonej powolności urzędnika ktoś odebrał listy i zniknął przed ich nadejściem. Agenci pobiegli za nim i spostrzegli postawnego mężczyznę, który wsiadał do czekającego nań auta. Widzieli odjeżdżający pojazd i zauważyli, że była to taksówka.

Detektywi nie mieli innego samochodu, którym mogliby podjąć pościg. Cóż pomogłoby im odczytanie numeru taksówki? Na niewiele by się to zdało; choćby na drugi dzień odnaleźli szofera i dowiedzieli się, dokąd jechał z klientem, prowadziło to donikąd. Nieznajomy z pewnością nie poszedł na pocztę prosto ze swojego mieszkania ani do niego nie wrócił po odebraniu przesyłki. Przestępca z taką sumą pieniędzy raczej porzuca auto na ulicy albo przed jakąś kawiarnią czy bramą przechodnią, a następnie przesiada się do innego samochodu. Co do jednego agenci nie mieli żadnych wątpliwości — a mianowicie, że zostanie przeciwko nim wdrożone śledztwo dyscyplinarne, którego epilog był z góry znany.

I oto w tym momencie los uśmiecha się do nich i do całej armii austro-węgierskiej, konstruując sieć nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności. Jak to mówią — „szczęście myśliwego”...

Podczas gdy obaj agenci naradzają się, czy mają szukać szofera jeszcze tego dnia i razem z nim wymyślić bajeczkę o zuchwałej ucieczce śledzonego mężczyzny czy też od razu zameldować policji swoją porażkę, na Kolowratringu27 mija ich taksówka. Czytają numer i okazuje się, że ten sam pojazd przed 20 minutami zabrał podejrzanego sprzed budynku poczty. Agenci gwiżdżą, krzyczą, biegną za autem. Samochód staje, ale oprócz szofera nie ma w nim nikogo.