Na pewno nikomu nie odpowiedziała bardziej wyczerpująco niż panu Pendletonowi, który ją o to samo zapytał. Zastanowiła się najprzód, zmarszczyła brwi i wyszeptała:

— Bardzo mi się podobał, bardzo, szczególnie niektóre rzeczy...

— Więc nie cały Boston? — uśmiechnął się pan Pendleton.

— Nie. Tylko niektóre rzeczy. Ale bardzo się cieszę, że tam byłam — dorzuciła pośpiesznie. — Szalenie miło przepędziłam czas i widziałam tyle cudownych i ciekawych rzeczy. Wie pan, że tam jedzą obiad wieczorem zamiast w południe? Wszyscy tam byli dla mnie tacy dobrzy, widziałam Pagórek Bunkera i park publiczny, i autobusy, którymi zwiedza się Boston, i całe mnóstwo obrazów i pomników, i wystawy sklepowe, i ulice, które wcale nie mają końca. A ludzie! Nigdy w życiu nie widziałam jeszcze takiego mnóstwa ludzi.

— No, na pewno, ale zdawało mi się, że ty ludzi lubisz — zauważył pan Pendleton.

— Owszem, lubię — Pollyanna znowu zmarszczyła brwi i zamyśliła się na chwilę. — Ale co człowiek ma z tylu ludzi, jeżeli ich i tak nie zna? A pani Carew nie pozwoliła mi zawierać znajomości, sama zresztą prawie nikogo nie znała. Niezmiennie twierdzi, że ludzie są niepotrzebni.

Zaległa chwila ciszy, po czym z głębokim westchnieniem Pollyanna zaczęła opowiadać dalej:

— Właśnie to było najbardziej dla mnie przykre, że ci wszyscy ludzie absolutnie się ze sobą nie znali. Byłoby przecież o wiele przyjemniej, gdyby tworzyli jedno grono znajomych! I pomyśleć tylko, proszę pana, że tam jest tylu ludzi, którzy mieszkają na wąskich, brudnych uliczkach, nie mają co jeść i chodzą w łachmanach! Ale i inni są tam także, chociażby taka pani Carew, ci znów mieszkają w prześlicznych domach, mają jedzenia za dużo, a ubrania tyle, że nie wiedzą co z nim robić. Gdyby tak ci ludzie znali tamtych ludzi... — Lecz w tej chwili pan Pendleton przerwał jej głośnym wybuchem śmiechu.

— Moje drogie dziecko, czy nie przyszło ci na myśl, że właśnie ci bogaci ludzie nie chcą wcale znać tamtych biedaków? — zapytał, pokpiwając.

— Ach, ale niektórzy z nich są inni — zaprotestowała Pollyanna gorączkowo. — Jest tam na przykład taka Sadie Dean, która sprzedaje w sklepie żaboty i kołnierzyki i która bardzo lubi poznawać ludzi. Zaznajomiłam ją z panią Carew i była u nas w domu, był wówczas również Jamie i jeszcze kilka osób, a ona była ogromnie zadowolona, że ich wszystkich poznała! I właśnie wtedy przyszło mi na myśl, że gdyby pani Carew znała biednych... Ale ja przecież nie mogę ze wszystkimi jej zaznajamiać, zresztą sama znam niewielu. Ale gdyby oni wszyscy się znali, to na pewno ci bogaci daliby tym biednym choć trochę swoich pieniędzy...