Pollyanna! Najmilsze dziecko, najcudowniejsza istota, która zupełnie jest nieświadoma tego, co czyni. Przypuszczam, że nawet moja siostra nie zdaje sobie sprawy z tego, co wypełniło lukę w jej sercu i w życiu całym, a tym bardziej Pollyanna nie może wiedzieć, że to ona jest sprawczynią tej szczęśliwej zmiany.
Jak mam Pani dziękować, droga pani Chilton? Wiem, że to jest niemożliwe i dlatego wcale próbować nie będę. Odczuwa Pani jednak z pewnością, jak bardzo wdzięczna jestem zarówno Pani, jak i Pollyannie.
Della Wetherby.
— Sądząc z tego, kuracja udała się jak najlepiej — uśmiechnął się doktor Chilton, gdy żona skończyła czytanie listu.
Ku jego wielkiemu zdziwieniu pani Polly niechętnym i ostrzegawczym ruchem podniosła w górę rękę.
— Tomaszu, proszę cię, daj spokój! — wyszeptała.
— Jak to, Polly, co się stało? Czy jesteś niezadowolona, że lekarstwo poskutkowało?
Pani Chilton opadła bezradnie na krzesło.
— Znowu to samo, Tomaszu — westchnęła. — Naturalnie, że jestem zadowolona, iż ta nieszczęśliwa kobieta znalazła wreszcie jakiś cel w życiu, a poza tym cieszę się, że jest to dzieło Pollyanny. Nie chcę jednak, aby o dziecku mówiło się ciągle, jak... jak o butelce lekarstwa, czy o „kuracji”. Nie rozumiesz tego?
— Głupstwo! Przecież to jej nie wyrządza żadnej krzywdy. Nazywam Pollyannę balsamem od czasu, jak ją poznałem.