— Tak, wiem, rozumiem — skinął głową młodzieniec, rozglądając się badawczym wzrokiem po starym, opuszczonym domu. — Niestety, nie ma na to żadnej rady. Cieszę się, że Nancy tu trochę sprzątnęła, bo będzie im na pewno o wiele przyjemniej — dorzucił, uśmiechając się przyjaźnie i wskoczywszy na konia, szybko odjechał.

Nancy stała na stopniach, patrząc za oddalającym się i kiwając w zamyśleniu głową.

— Wcale się nie dziwię, paniczu Jimmy — oświadczyła głośno, śledząc wzrokiem pełnym przywiązania zręczną sylwetkę jeźdźca i wierzchowca. — Wcale się nie dziwię, że pamięta pan jeszcze o pannie Pollyannie. Już dawno mówiłam, że nastąpi to kiedyś, gdy dorośniecie obydwoje. Przysięgłabym, że tak będzie! Zupełnie tak jak w książce, znalazła pana, biedactwo, a pan dzięki niej znalazł szczęście w domu poczciwego pana Pendletona. Ale kto by cię teraz, mój paniczu, wziął za dawnego Jimmy’ego Beana? Nie sądziłam, że człowiek może się tak zmienić... nie uwierzyłabym nigdy! — szeptała dalej, wracając do przerwanej na chwilę roboty.

Prawdopodobnie te same myśli zaprzątały teraz umysł Johna Pendletona, który ze swojej werandy obserwował szybkie zbliżanie się konia i młodego jeźdźca. W oczach jego tlił ten sam wyraz przywiązania, co w oczach Nancy Durgin, na ustach błądził ten sam uśmiech, gdy westchnął i wyszeptał do siebie:

— Boże, jaka z nich byłaby piękna para!

W pięć minut potem młody chłopak wyszedł zza węgła domu i wolnym krokiem wszedł na werandę.

— I cóż, mój chłopcze, więc to prawda? Istotnie przyjeżdżają? — zapytał pan Pendleton z wyraźnym zaciekawieniem.

— Tak.

— Kiedy?

— Jutro — młodzieniec leniwym ruchem opadł na krzesło.