Słysząc lakoniczną odpowiedź, John Pendleton zmarszczył brwi, po czym spojrzał bacznie na chłopca. Przez chwilę wahał się i nagle nieoczekiwanie zapytał:

— Powiedz, synu, co się stało?

— Nic, sir.

— Głupstwa pleciesz! Ja wiem lepiej. Przed pół godziną wyjechałeś stąd tak gorączkowo, że i tabun dzikich koni nie zdołałby cię powstrzymać, a teraz siedzisz na krześle jak martwy. Gdybym nie orientował się w sytuacji, mógłbym pomyśleć, że jesteś niezadowolony z powrotu naszych przyjaciół.

Umilkł na chwilę, widocznie czekając odpowiedzi, lecz na werandzie panowało milczenie.

Młodzieniec zaśmiał się i poruszył niespokojnie na krześle.

— Oczywiście, że jestem zadowolony.

— Hm! A zachowujesz się całkiem inaczej.

Młodzieniec znowu uśmiechnął się, a krwawoczerwony rumieniec okrasił jego chłopięcą twarz.

— To tylko dlatego, że myślałem o Pollyannie.