— Nie można z tego punktu widzenia patrzeć na to — zaśmiała się Pollyanna. — Powinnaś być zadowolona, że córka Harringtonów jest na tyle zdolna, że mogłaby na chleb zarabiać! To nie jest żadna hańba, ciociu Polly.
— Możliwe. Ale to niezbyt przyjemna perspektywa, gdy się pomyśli, jakie stanowisko kiedyś zajmowaliśmy w Beldingsville.
Pollyanna zdawała się tych słów nie słyszeć. Spojrzenie jej utkwione było w dalekiej przestrzeni.
— Żebym tylko miała jakieś zdolności! Żebym potrafiła robić cośkolwiek lepiej niż wszyscy ludzie na świecie — westchnęła po chwili. — Umiem trochę śpiewać, trochę grać, trochę haftować i trochę cerować, ale nic nie potrafię tak dobrze, aby mi ludzie mogli za to zapłacić...
— Myślę, że najlepiej potrafiłabym gotować — zdecydowała po chwili milczenia — i prowadzić gospodarstwo domowe. Strasznie lubiłam te zimy w Niemczech, kiedy Greta czasami nie przychodziła, a była nam bardzo potrzebna. Ale w kuchni u obcych ludzi nie miałabym ochoty pracować.
— Ja bym ci na to nigdy nie pozwoliła, Pollyanno! — zawołała z drżeniem pani Chilton.
— A zajmowanie się naszą kuchnią nie da przecież żadnych zysków — martwiła się Pollyanna — nie będzie mi za to nikt płacił, a nam są potrzebne pieniądze.
— Bardzo potrzebne — westchnęła ciotka Polly.
Zaległa długa cisza, którą przerwała wreszcie Pollyanna.
— I pomyśleć, że po tym wszystkim, coś ty dla mnie uczyniła, ciociu, i pomyśleć, że teraz, gdybym tylko mogła, miałabym taką wspaniałą okazję przyjść ci z pomocą! A jednak nie mogę tego uczynić. Ach, dlaczego nie urodziłam się z czymś, co jest warte dużo pieniędzy?