— Daj spokój, dziecko! Gdyby żył doktor... — słowa zamarły w śmiertelnej ciszy.

Pollyanna podniosła głowę i zerwała się z krzesła.

— Ciociu, ciociu, przecież to nigdy nie wróci! — zawołała zupełnie zmienionym głosem. — Nie martw się, ciociu. Co byś powiedziała na to, gdyby nagle pewnego dnia rozwinął się we mnie wielki talent? Zresztą uważam, że to wszystko jest naprawdę ciekawe, bo tyle w tym jest niepewności. Szalenie lubię pragnąć czegoś i obserwować, jak to coś się zbliża. Gdy człowiek żyje, mając tę pewność, że może mieć wszystko, czego pragnie, to wówczas życie nie jest wcale ciekawe — zakończyła, śmiejąc się wesoło.

Pani Chilton nie śmiała się. Westchnęła tylko, mówiąc:

— Mój Boże, Pollyanno, jakie z ciebie jeszcze dziecko!

Rozdział XVIII. Nowa Pollyanna

Pierwsze dni pobytu w Beldingsville nie były łatwe ani dla pani Chilton, ani dla Pollyanny. Należało przyzwyczaić się do nowych warunków, a okres takiego przyzwyczajania na ogół nie jest przyjemny.

Po podróżach i ciekawych wrażeniach niełatwo było nakłonić umysł do drobiazgowego zastanawiania się nad ceną masła lub do targowania się z rzeźnikiem. Po długim okresie całego mnóstwa wolnego czasu, trudno było teraz nagiąć się i przyzwyczaić do tego, aby każda robota była na czas gotowa. Przyjaciele i sąsiedzi składali częste wizyty i chociaż Pollyanna witała ich wszystkich ze szczerą radością, pani Chilton nie pokazywała się prawie nikomu pod pierwszym lepszym pretekstem. Zazwyczaj po takich wizytach mówiła z goryczą do Pollyanny:

— Ciekawi są zobaczyć, jak Polly Harrington znosi swoją biedę.

O doktorze pani Chilton rzadko mówiła, Pollyanna jednak wiedziała dobrze, że ani na chwilę nie przestawała o nim myśleć.