— Oczywiście, że nie, moje dziecko! Jakżeś ty się zmieniła, Pollyanno, od czasu, gdyś wyszła spod opieki tych pań z dobroczynności3!
— Naprawdę, ciociu Polly? — zapytała dziewczynka z przerażeniem. — A czy to sprawia ci przykrość? Bo ja naprawdę nie chciałabym ci robić przykrości, ciociu Polly. W każdym razie, jeżeli sprawiam ci przykrość, mówiąc o tych paniach, to powinnaś być zadowolona, bo zawsze myślę o nich w ten sposób, że jestem szczęśliwa, że już nie opiekują się mną i że znalazłam wreszcie moją własną, rodzoną ciocię. Jesteś chyba zadowolona, prawda, ciociu Polly?
— Tak, tak, kochanie, oczywiście, że jestem — zaśmiała się pani Chilton, wstając, aby wyjść z pokoju i czując się nagle winna na wspomnienie, że niejednokrotnie denerwowało ją to wieczne zadowolenie Pollyanny.
Podczas następnych kilku dni, gdy listy w sprawie zimowego pobytu Pollyanny w Bostonie wędrowały tam i z powrotem, Pollyanna przygotowywała się do wyjazdu w ten sposób, że niezmordowanie składała wizyty swym licznym przyjaciołom w Beldingsville.
Każdy niemal w małej wiosce Vermont znał teraz Pollyannę i prawie każdy brał udział w jej grze. Ci, którzy udziału nie brali, nie byli temu winni, bowiem nie zdawali sobie sprawy, czym właściwie była „gra w zadowolenie”. Tak więc z domu do domu obnosiła Pollyanna wiadomość, że wyjeżdża do Bostonu na całą zimę. Wszyscy wyrażali żal z tego powodu, począwszy od Nancy, królującej w kuchni ciotki Polly, aż do właściciela obszernego domu na wzgórku, pana Johna Pendletona.
Nancy nie zawahała się wyznać szczerze wszystkim, z wyjątkiem swej chlebodawczyni, że uważa tę wycieczkę do Bostonu za wariactwo i że ona ze swej strony wolałaby zabrać ze sobą pannę Pollyannę do swych rodziców, mieszkających w Corners. Wówczas pani Polly mogłaby spokojnie pojechać do Niemiec.
Zamieszkujący na wzgórku John Pendleton powiedział właściwie to samo, tylko nie zawahał się wyznać tego szczerze również i pani Chilton. Co do Jimmy’ego, dwunastoletniego chłopca, którego John Pendleton przyjął do swego domu dzięki Pollyannie i którego adoptował (już z własnej woli), co do Jimmy’ego zatem, to był on po prostu oburzony i wcale tego nie ukrywał.
— Ale przecież dopiero przyjechałaś — czynił wymówki Pollyannie takim dziwnym tonem, jakim mówi każdy mały chłopiec, gdy chce usilnie ukryć to, co dzieje się w jego sercu.
— Jak to, jestem tu już od marca, a zresztą nie mam zamiaru zostać tam na stałe. Będę tylko przez zimę.
— Mniejsza o to. Nie było cię prawie przez cały rok i gdybym przypuszczał, że zaraz znowu wyjedziesz, na pewno bym nie organizował tego przyjęcia dla ciebie ze sztandarami i z orkiestrą, jak wracałaś z lecznicy.