— Ależ, Jimmy Beanie! — zawołała Pollyanna zaskoczona, po czym tonem zranionej dumy, zauważyła: — Przecież cię nie prosiłam o to, żebyś mnie witał tak uroczyście, a jeżeli chodzi o ścisłość, toś znowu zrobił dwa błędy w jednym zdaniu. Te wszystkie zdania, które budujesz, brzmią nieprawidłowo.

— Co to kogo obchodzi?

Oczy Pollyanny zabłysły teraz gniewem.

— Powiedziałeś, że ciebie samego to obchodzi, kiedy mnie prosiłeś tego lata, żebym poprawiała wszystkie twoje błędy, bo pan Pendleton pragnie, abyś mówił poprawnie.

— Gdybyś była wychowana w przytułku i nie miała nikogo, kto o ciebie dba, na pewno też robiłabyś stale błędy i jeszcze gorsze ode mnie, Pollyanno Whittier!

— Jak to, Jimmy Beanie! — zapaliła się Pollyanna. — Ja też byłam wychowywana prawie w przytułku, a jednak...

— Przede wszystkim już nie jestem żaden Jimmy Bean — przerwał jej chłopak, podnosząc z dumą głowę do góry.

— Nie jesteś... Jak to, Jimmy Be... Co to znaczy? — zdziwiła się dziewczynka.

— Zostałem legalnie zaadoptowany. Pan Pendleton powiada, że miał ten zamiar już od dawna, tylko jakoś się wszystko nie składało. Teraz nareszcie to zrobił. Nazywam się Jimmy Pendleton, a pana Pendletona nazywam „wujem Johnem”, tylko się jeszcze jakoś do tego nie przyzwyczaiłem i właściwie nie zacząłem go jeszcze tak nazywać.

Chłopak mówił ciągle gniewnie i z wielką dumą, a z twarzyczki Pollyanny zniknął bezpowrotnie po tych słowach wyraz niezadowolenia. Po chwili klasnęła radośnie w dłonie.