W ten sposób minęła zima i nastała wiosna, złocista, słoneczna wiosna, której Jimmy nawet nie zauważył. Dla niego na świecie nic się nie zmieniło, wszędzie było mglisto i bezbarwnie.
— Żeby chociaż tę sprawę raz załatwili i ogłosili zaręczyny — mruczał do siebie, bardziej jeszcze zdenerwowany podczas ostatnich dni. — Żebym chociaż wiedział coś na pewno, może by mi wtedy było trochę lżej.
Istotnie, pewnego dnia przy końcu kwietnia życzenie jego spełniło się, przynajmniej częściowo. Dowiedział się „czegoś na pewno”.
O dziesiątej rano w niedzielę Mary, pokojówka pani Carew, wprowadziła go do muzycznego salonu, mówiąc:
— Natychmiast zamelduję pana pani Carew, sir. Zdaje się, że od dawna już na pana czeka.
W salonie muzycznym Jimmy zastał Jamiego, siedzącego przy pianinie z głową wspartą na rękach. Młody Pendleton chciał już cofnąć się niepostrzeżenie, gdy nagle młodzieniec siedzący przy pianinie podniósł głowę, odsłaniając zaczerwienioną twarz i parę płonących gorączkowo oczu.
— Dzień dobry, Carew — wybąkał przybyły. — Czy się coś stało?
— Stało! stało! — wybuchnął Jamie, wymachując rękami. W jednej z nich trzymał otwarty list. — Źle się stało! Jestem ciekawy, jak ty byś się czuł, gdybyś był w więzieniu i nagle ujrzał przed sobą szeroko otwartą bramę? Takiego samego uczucia doznaje człowiek w chwili, gdy nareszcie może ukochanej dziewczynie zaproponować małżeństwo. I ty nie byłbyś lepszy na moim miejscu. Słuchaj, sądzisz, że zwariowałem, ale tak nie jest. Chociaż możliwe, że postradałem zmysły z radości. Chętnie ci to wszystko opowiem. Posłuchasz? Muszę koniecznie komuś o tym powiedzieć!
Młody Pendleton podniósł głowę. Czuł się teraz tak, jakby go ktoś uderzył tępym narzędziem. Twarz mu pobladła, lecz głos miał spokojny, gdy odpowiedział:
— Oczywiście, opowiedz, drogi przyjacielu. Bardzo chętnie posłucham.