Carew jednak nie czekał na zachętę. Poprawił się na krześle, jeszcze trochę onieśmielony.

— Oczywiście dla ciebie nie ma to żadnego znaczenia. Masz zdrowe nogi i jesteś wolny. Posiadasz swoje ambicje i będziesz budował mosty. Ale dla mnie to jest wszystkim. Otwiera się przede mną perspektywa normalnego ludzkiego życia, może nawet normalnej pracy. Dla mnie to jest coś. To coś przekonało mnie, że jestem komuś potrzebny! Słuchaj. W liście tym donoszą mi, że nowela napisana przeze mnie zdobyła pierwszą nagrodę w wysokości trzech tysięcy dolarów. W tym drugim liście wielka firma wydawnicza zaakceptowała z entuzjazmem moją pierwszą książkę do druku. I obydwa te listy nadeszły dzisiaj rano. Dziwisz się teraz, że oszalałem z radości?

— Nie! Oczywiście, że nie. Winszuję ci serdecznie, Carew, winszuję ci z całego serca — zawołał Jimmy gorąco.

— Dziękuję, masz czego mi winszować. Pomyśl, czym to jest dla mnie. Pomyśl, jak się będę czuł, gdy stanę się niezależny, jak każdy normalny mężczyzna. Pomyśl, jak się będę czuł, gdy pewnego dnia pani Carew będzie mogła wreszcie być ze mnie dumna. Pomyśl, jakie to będzie miało dla mnie znaczenie, gdy będę wreszcie mógł wyznać miłość ukochanej dziewczynie!

— Tak, tak, istotnie, drogi chłopcze! — szeptał Jimmy, blednąc coraz bardziej.

— Chociaż możliwe, że tego ostatniego nawet i teraz nie powinienem robić — zastanowił się Jamie, posępniejąc nagle. — Jestem przecież do tego przykuty — wskazał kule oparte o pianino. — Nie mogę zapomnieć tego ostatniego dnia na wycieczce, gdy ujrzałem Pollyannę... Przekonałem się wówczas, że nigdy nie będę miał możności pobiec na ratunek kobiety, gdy ta znajdować się będzie w niebezpieczeństwie.

— Ależ, ależ Carew — zaczął szeptem Jimmy.

Carew podniósł w górę rękę.

— Wiem, co chcesz powiedzieć, ale nie mów lepiej. I tak tego nie zrozumiesz. Ty przecież nie jesteś przykuty do dwóch martwych kijów. Ty zawsze możesz sobie na wszystko pozwolić. Niejednokrotnie zastanawiałem się nad tym, jak to będzie w przyszłości ze mną i... z Sadie. Będę musiał patrzyć spokojnie, jak inni...

— Sadie! — zawołał oszołomiony Jimmy.