— Przede wszystkim dlatego, że my właściwie o nim nic nie wiemy.
— Jak to, ciociu Polly, przecież znam go od dziecka!
— Tak, a czymże on był? Podrzutkiem, który uciekł z sierocińca! Nie wiemy natomiast nic o jego krewnych i o jego rodzicach.
— Ale przecież ja nie wychodzę za mąż za jego krewnych!
Ze zniecierpliwioną miną ciotka Polly opadła z powrotem na poduszki.
— Pollyanno, widzę, że chcesz się stać przyczyną mojej choroby. Mam znowu bicie serca. Jestem pewna, że dzisiaj już przez całą noc oka nie zmrużę. Czy nie mogłabyś tej sprawy pozostawić do jutra rana?
Pollyanna podniosła się z kolan z twarzyczką smutną, lecz spokojną.
— Ależ tak, oczywiście, ciociu Polly! Jestem pewna, że do jutra wszystko się zmieni, nawet twoje zapatrywania na tę sprawę. Jestem pewna, że jutro będziesz mówić inaczej — wyszeptała drżącym głosem, gasząc światło i wychodząc z pokoju.
Lecz zapatrywania ciotki Polly nie zmieniły się nazajutrz rano. Przeciwnie, jeszcze goręcej oponowała przeciwko małżeństwu Pollyanny. Na próżno Pollyanna tłumaczyła i błagała. Na próżno przekonywała ciotkę o tym, że w małżeństwie z Jimmym znajdzie prawdziwe szczęście. Ciotka Polly była nieugięta. Nie chciała słyszeć o niczym. Plan małżeństwa Pollyanny uważała za herezję i ostrzegała dziewczynę o niebezpieczeństwie, jakie groziło jej, gdyby nawet na przekór opiekunce wyszła za mąż za człowieka pochodzącego z „nieznanej rodziny”. Widząc, że nie może przekonać Pollyanny, zaczęła się wreszcie odwoływać do obowiązków wdzięczności, jakie Pollyanna powinna mieć w stosunku do niej, powołując się na dawne lata dzieciństwa swej wychowanki. Dosłownie błagała, aby Pollyanna nie łamała jej serca swoim małżeństwem, jak uczyniła to kiedyś jej matka.
Gdy Jimmy radosny i szczęśliwy zjawił się o dziesiątej rano, zastał zapłakaną i drżącą Pollyannę, siedzącą w kąciku przy oknie. Z pobladłą twarzą, otaczając ją jednak stęsknionymi ramionami, zażądał, aby mu wszystko wyjaśniła.