— Mam tutaj — skinęła głową Pollyanna, wskazując papierową torbę, którą miała w ręku.

— O, to może ja bym to zjadł dzisiaj — westchnął chłopiec, chowając pączek z powrotem do pudełka z westchnieniem ulgi.

Pollyanna, nie orientując się w tym wszystkim, o czym mówił jej towarzysz, zanurzyła dłoń w papierową torbę i jej zawartością poczęła częstować skrzydlatych i czworonożnych gości.

Cudowna to była chwila. Pollyanna spędziła najprzyjemniejsze popołudnie w życiu, bo znalazła wreszcie kogoś, kto umiał mówić szybciej i dłużej, niż ona sama potrafiła. Ten obcy chłopiec zdawał się mieć niewyczerpany zasób cudownych historii o dzielnych rycerzach i pięknych damach dworu, o ciekawych podróżach i długotrwałych wojnach. Potrafił swe historie tak barwnie opowiadać, że Pollyanna na własne oczy widziała bohaterską odwagę uzbrojonych rycerzy i damy w tkanych srebrem i złotem szatach, chociaż w rzeczywistości patrzyła tylko na stadko trzepoczących gołębi i jaskółek, oraz na puszyste wiewiórki zabawiające się wśród wysokiej trawy.

O paniach z dobroczynności zupełnie zapomniała, nawet o „grze w zadowolenie” nie myślała w tej chwili. Z pałającymi policzkami i błyszczącymi oczami przenosiła się myślą w dawne czasy, wsłuchana w opowiadanie swego towarzysza, który podczas tej jednej, krótkiej godziny chciał sobie powetować długie dni szarej, ponurej samotności.

Dopiero gdy zegar na wieży kościelnej wydzwonił południe i gdy Pollyanna znalazła się już przed domem swej opiekunki, uprzytomniła sobie nagle, że nie wie, jak się nazywa ów chłopiec.

— Wiem tylko, że nie sir James — szepnęła do siebie, marszcząc brwi gniewnie. — Ale mniejsza o to, przecież jutro go mogę o to zapytać.

Rozdział VIII. Jamie

Pollyanna jednak nie spotkała chłopca nazajutrz, bowiem padał deszcz, więc w ogóle nie mogła pójść do ogrodu. Następnego dnia także padało. Trzeciego dnia nie widziała go również, bo chociaż słońce świeciło jasno, chociaż dzień był prawie upalny i chociaż poszła do parku wyjątkowo wcześnie tego popołudnia, nowy jej znajomy nie zjawił się wcale. Za to czwartego dnia została go na jego zwykłym miejscu i podbiegła doń z radosnym powitaniem.

— Ach, jakże się cieszę, że cię widzę! Gdzieżeś się podziewał? Wczoraj w ogóle cię tu nie było.