— Ach, a ja miałam nadzieję, że jesteś, tak jak ten Mały Lord Fauntleroy7, wiesz chyba? — wyjaśniała. — I...

Lecz chłopiec przerwał jej gorączkowo:

— Więc znasz Małego Lorda Fauntleroya? A wiesz może coś o Sir Lancelocie i o świętym Grallu, albo o Królu Arturze i o jego Okrągłym Stole, o Lady Rowenie, o Ivanhoe i o tych wszystkich?

Pollyanna potrząsnęła z powątpiewaniem głową.

— Obawiam się, że nie wszystkich ich znam — wyznała szczerze. — Czy oni są z książek?

Chłopiec skinął głową.

— Mam tutaj niektóre — rzekł. — Lubię je czytać nawet po kilka razy, bo zawsze znajduję w nich coś nowego. Zresztą żadnych innych książek nie mam. To są książki ojca. Ach, ty mały urwisie, zostaw to! — wybuchnął nagle śmiechem, gdy wiewiórka o puszystym ogonie wskoczyła mu na kolano i wsunęła nos do kieszeni. — Trzeba im będzie dać obiad, bo gotowe nas połknąć — uśmiechnął się do Pollyanny. — To jest właśnie Sir Lancelot, on zawsze musi być pierwszy.

Spoza pleców wydobył małe, tekturowe pudełko i otworzył je ostrożnie, śledzony bacznym wzrokiem rozszerzonych oczu wiewiórki. Nad jego głową rozległ się teraz szum skrzydeł śpieszących na poczęstunek gołębi, za którymi przyfrunęły również jaskółki. Sir Lancelot, uradowany i podniecony zajął w tej chwili niepodzielnie jedną z poręczy fotelu. Inny gość o równie puszystym ogonie, usadowił się o kilka centymetrów dalej. Trzecia wiewiórka, widocznie zazdrosna, poczęła hałasować nieznośnie na gałęzi sąsiedniego drzewa.

Z tekturowego pudełka chłopiec wyjął kilka orzechów, czerstwą bułkę i pączek. Przez chwilę spoglądał na pączek tęsknym wzrokiem, z wahaniem.

— A ty coś przyniosłaś? — zapytał wreszcie.