Della Wetherby zdawała się tych słów nie słyszeć.

— Gdy wróciłam wczoraj do lecznicy — mówiła dalej w podnieceniu — dowiedziałam się, że doktor Ames otrzymał list od doktora Chiltona, wiesz, tego, co się ożenił z ciotką Pollyanny. W liście tym doktor Chilton pisze, że zamierza na zimę pojechać do Niemiec na specjalny kurs i że pragnąłby tam zabrać swoją żonę, jeżeli zdoła ją nakłonić do umieszczenia na ten czas Pollyanny w jakiejś tutejszej szkole z internatem. Pani Chilton podobno za nic w świecie nie zgadza się zostawić Pollyanny w pierwszej lepszej szkole, więc mąż jej obawia się, że nie będzie mogła pojechać z nim do Niemiec. Rozumiesz, Rutko, że teraz my mamy szansę! Pragnę, abyś wzięła Pollyannę na zimę do siebie i posyłała ją tutaj do szkoły.

— Cóż za absurdalny pomysł, Dello! Mówisz tak, jakbym naprawdę miała ochotę, żeby to dziecko mnie męczyło!

— Ależ ona cię ani trochę męczyć nie będzie. Ma teraz już prawie trzynaście lat i jest najmilszym dzieckiem, jakie kiedykolwiek w życiu widziałam.

— Nie lubię „miłych” dzieci — odparła pani Carew ironicznie, lecz jednocześnie zaśmiała się. Ten śmiech dodał młodszej siostrze odwagi do podwojenia podjętych wysiłków.

Może stało się tak dlatego, że decyzja musiała być natychmiastowa, może historia życia Pollyanny wzruszyła nieco serce Ruty Carew, a może po prostu pani Carew nie chciała odmawiać prośbom siostry, dość, że w rezultacie Della Wetherby, wychodząc po pół godzinie z mieszkania siostry, uzyskała zgodę na przywiezienie Pollyanny do Bostonu.

— Ale pamiętaj — ostrzegała ją pani Carew przy pożegnaniu — pamiętaj, że z chwilą, gdy dziecko zacznie mi wygłaszać kazania i żądać, abym liczyła swoje grzechy, odeślę je natychmiast do ciebie, a ty możesz sobie z nią robić, co ci się podoba. Trzymać jej dłużej u siebie nie będę!

— Będę pamiętała, lecz o to się nie martwię — skinęła głową Della, wychodząc. Zbiegając po schodach, z uśmiechem szeptała do siebie: — Połowy dzieła dokonałam. Teraz druga połowa, żeby Pollyannę tu sprowadzić. Ale musi przyjechać koniecznie. Napiszę taki list, że mi na pewno nie odmówią!

Rozdział II. Dawni przyjaciele

Tego dnia sierpniowego w Beldingsville pani Chilton czekała aż Pollyanna położy się do łóżka, bo dopiero wówczas chciała pomówić z mężem o liście, który nadszedł ranną pocztą. Musiała jednak mieć jeszcze trochę cierpliwości, gdyż pacjentów podczas godzin przyjęć było mnóstwo, później zaś doktor musiał odbyć dwie dłuższe podróże do chorych, przez co nie miał czasu na omawianie domowych spraw.