— A czy kiedyś próbowałaś?

— Oczywiście, że nie! — głos pani Carew był pełen niechęci i zranionej dumy.

— Wobec tego skąd możesz wiedzieć, skoro nie próbowałaś — zapytała młoda pielęgniarka, podnosząc się z krzesła leniwie. — Ale muszę już iść, kochanie. Mam się spotkać z dziewczętami na Dworcu Południowym. Pociąg nasz odchodzi o 12:30. Bardzo mi przykro, żeś się na mnie rozgniewała — dorzuciła, całując siostrę na pożegnanie.

— Nie jestem wcale zagniewana, Dello — westchnęła pani Carew — chciałabym tylko, żebyś mnie mogła zrozumieć!

W kilka minut potem Della Wetherby przez ponury mroczny hall wyszła na ulicę. Wyraz jej twarzy, chód i całe zachowanie były całkiem inne od zachowania i wyglądu sprzed pół godziny, kiedy wbiegała na górę do mieszkania siostry. Energia, uśmiech i radość tycia zniknęły gdzieś bezpowrotnie. Szła teraz wolno, unosząc z trudnością nogi. W pewnej chwili odrzuciła w tył głowę i odetchnęła głęboko.

— Jeden tydzień pobytu w tym domu zabiłby mnie na pewno — zadrżała. — Nie wiem nawet, czy Pollyanna potrafiłaby zmienić tę atmosferę! Może powinnam być zadowolona, że biedaczka nigdy się tutaj nie zjawi.

Widocznie jednak Della Wetherby niedługo ufała własnej opinii na ten temat, bo już nazajutrz, podniecona, odbywała znowu tę samą pięćdziesięciomilową2 podróż do Bostonu.

W domu siostry zastała identyczną sytuację, jak wczoraj i skłonna była nawet uwierzyć, że od chwili pożegnania się z nią pani Carew nie zdobyła się nawet na zmianę pozycji.

— Rutko — wybuchnęła gorączkowo w odpowiedzi na zdziwione powitanie siostry — znowu zjawiłam się tutaj, lecz tym razem musisz zgodzić się na moją propozycję. Słuchaj! Możesz mieć tutaj małą Pollyannę, jeśli będziesz chciała.

— Ależ ja wcale nie chcę — odparła pani Carew z obojętną miną.