Pani Carew zaczerpnęła w piersi powietrza i otworzyła szerzej oczy ze zdziwienia. Ta niezachwiana wiara w jej dobre serce i w ustawiczne pragnienie dopomożenia komuś była po prostu onieśmielająca i przyczyniała się do jeszcze większego zdenerwowania. Z drugiej jednak strony trudno było temu zaprzeczyć, szczególnie w obecnej sytuacji, kiedy Pollyanna była taka szczęśliwa i tak pełna szczerego zaufania.

— Ależ, Pollyanno — zaoponowała20 pani Carew bezradnie, czując że w obecności dziewczynki zatraca zupełnie siłę woli. — Przecież ta dziewczyna to nie jest Jamie, sama wiesz o tym.

— Oczywiście — przyznała Pollyanna pośpiesznie. — I właśnie to mnie najbardziej martwi, że ona nie jest Jamiem. Ale może dla kogoś właśnie jest tym samym, to znaczy dla kogoś, kto ją kocha i kto zwrócił na nią uwagę. Jak pani przypomina sobie Jamiego, to musi pani być szczęśliwa, że może komuś innemu pomóc, bo pragnęłaby pani przecież, aby inni ludzie też pomogli Jamiemu w chwili, gdy mu ta pomoc jest potrzebna.

Pani Carew zadrżała i wydała głuchy jęk.

— Ale ja pragnę mieć mojego Jamiego — wyszeptała po chwili.

Pollyanna skinęła głową, patrząc na nią wzrokiem pełnym zrozumienia.

— Wiem, chodzi o „obecność dziecka”. Pan Pendleton mówił mi o tym. Pani ma chociaż „kobiecą rękę”.

— Kobiecą rękę?

— Tak, żeby prowadzić dom. Pan Pendleton powiedział mi, że aby dom był prawdziwym domem, potrzebna jest kobieca ręka albo obecność dziecka. Było to wtedy, kiedy mnie chciał wziąć do siebie, a ja mu znalazłam Jimmy’ego, którego zaadoptował.

— Jimmy’ego? — pani Carew podniosła głowę z zaciekawieniem w oczach, jakie zdradzała zawsze, gdy ktoś wymieniał imię podobne do imienia jej zaginionego siostrzeńca.