— Tak, Jimmy’ego Beana.
— Ach, Beana — powtórzyła pani Carew z przygasłym nagle spojrzeniem.
— Tak. Był w sierocińcu i uciekł stamtąd, a ja go znalazłam. Mówił, że pragnie innego domu i matki zamiast przełożonej sierocińca. Nie mogłam mu znaleźć matki, lecz znalazłam mu za to pana Pendletona, który go zaadoptował. Już teraz nazywa się Jimmy Pendleton.
— Ale nazywał się Bean?
— Tak, nazywał się Bean.
— Ach! — westchnęła z żalem pani Carew.
Pani Carew poznała bliżej w ciągu następnych dni Sadie Dean i małego Jamiego, bowiem Pollyanna korzystała z każdej okazji, aby zapraszać ich do siebie, a zaprosinom tym pani Carew, mimo swej niechęci, nie mogła się w żaden sposób przeciwstawić. Wobec Pollyanny czuła się najzupełniej bezradna, zresztą nie potrafiła już teraz odmawiać dziewczynce tego, co jej sprawiało tak wiele przyjemności i satysfakcji.
Ale jednocześnie pani Carew, choć może nie orientowała się w tym dokładnie, dowiedziała się wielu rzeczy, o których nie wiedziała dawniej, żyjąc zamknięta w czterech ścianach swego mieszkania i nie pozwalając nikogo do siebie wpuszczać. Nauczyła się mianowicie, jak się może czuć młoda dziewczyna w dużym mieście, zmuszona zarabiać na własne utrzymanie i niemająca niczyjej opieki.
— Właściwie coś wtedy miała na myśli? — nerwowo zwróciła się do Sadie Dean pewnego wieczora. — O czym myślałaś owego dnia w sklepie, gdy mówiłaś o niesieniu pomocy młodym dziewczętom?
Sadie Dean spłonęła purpurowym rumieńcem.