Pollyanna roześmiała się.

— Ach, to nie moja wina, a raczej nie tyle moja, ile cioci Polly!

— Jak to cioci Polly? — zawołał zdziwiony doktor.

— A tak... I wie pan, to takie ciekawe... Zresztą opowiem panu. Co prawda pan Pendleton prosił, abym nie opowiadała o tym, ale pewnie nie rozgniewa się, jeśli się pan o tym dowie. Przecież szło raczej o to, aby jej tego nie mówić.

— Komu: jej?

— No, cioci Polly! Pan Pendleton woli pewnie sam z nią pomówić, zamiast tego, żebym ja to zrobiła! Gdy się ludzie kochają, zawsze są tacy! — dodała z wielką powagą.

— Gdy się ludzie kochają?

W tejże chwili koń szarpnął powozem tak, jakby ręka trzymająca lejce doznała nagłego wstrząśnienia.

— A tak — mówiła Pollyanna — z początku nic o tym nie wiedziałam, dopóki Nancy mi nie opowiedziała, że ciocia Polly miała narzeczonego i że przed wielu laty zerwała z nim. Wprawdzie Nancy nie wiedziała z początku, kto to był, lecz teraz doszłyśmy wspólnie, że to pan Pendleton! Czy pan o tym nie wiedział?

Na te słowa doktor wypuścił lejce, a ręka jego bezwładnie opadła na kolana.