— No, no, Pollyanno, nie myśl więcej o tym i nie zaprzątaj swej małej główki cudzymi kłopotami. Udasz się teraz do pani Snow. Tu napisałem receptę i sposób używania lekarstwa. Czy masz jeszcze coś do mnie?

Pollyanna potrząsnęła przecząco główką.

— Nie, proszę pana, więcej nic, dziękuję.

I skierowała się do drzwi.

*

Było to w ostatnich dniach października. Pollyanna, po wyjściu ze szkoły, przechodziła przez ulicę w odległości na pozór dostatecznej od przejeżdżającego szybko samochodu. W jaki sposób zderzenie miało miejsce i kto był winien — tego nikt nie mógł powiedzieć, dość, że koło godziny piątej po południu wniesiono Pollyannę nieprzytomną do jej małego, kochanego pokoiku.

Panna Polly, blada jak papier, i zalana łzami Nancy rozebrały ją delikatnie i położyły do łóżka, podczas gdy zawezwany telefonicznie domowy lekarz panny Polly, doktor Warren, pędził z szybkością, na jaką tylko mógł się zdobyć jego samochód.

— Nie trzeba było nawet patrzeć na twarz jej ciotki — opowiadała w ogrodzie staremu Tomaszowi ze łzami w oczach Nancy — żeby widzieć, że w tej chwili nie było to z jej strony tylko spełnianiem obowiązku! Gdy się spełnia swój obowiązek, ręce nie drżą, a oczy nie patrzą tak, jakby błagały anioła stróża o pomoc i opiekę.

— Czy bardzo ciężko ranna? — pytał Tomasz.

— Nie wiadomo. Gdy położono ją na łóżko, wyglądała tak, jak gdyby już nie żyła, ale panna Polly powiedziała, że żyje, bo czuła słaby oddech i bicie serca.