— Ale skąd ty to wnioskujesz, Pollyanno!?

— Bo pewnego razu powiedział bardzo po cichu, ale ja usłyszałam, że oddałby wszystko na świecie za serce jednej kobiety... Ale, ciociu, co się stało? — zawołała, zobaczywszy, że panna Polly nagle zerwała się z krzesła i pobiegła do okna.

— Nic, kochanie, chciałam tylko poprawić te oto szkiełka — odpowiedziała po chwili drżącym głosem, a gdy się odwróciła, twarz jej wyrażała wielkie wzruszenie.

Rozdział XXVI. Gra i jej zwolennicy

Któregoś dnia po południu Nancy zameldowała pannie Polly córkę pani Snow.

Milly była bardzo zażenowana, gdyż była tu po raz pierwszy i zaczerwieniła się jak raczek, gdy panna Polly weszła do pokoju.

— Przyszłam dowiedzieć się o zdrowie Pollyanny — przemówiła nieśmiało.

— Bardzo to uprzejmie z twojej strony — odpowiedziała panna Polly. — Niestety, nie mogę ci powiedzieć nic dobrego, stan zdrowia bowiem Pollyanny pozostaje bez zmian. A jak się miewa twoja mateczka?

— Właśnie przychodzę, aby mówić o niej, to jest właściwie prosić, żeby pani powiedziała Pollyannie — mówiła Milly bezładnie i prawie jednym tchem — że my obie z matką uważamy, że to jest naprawdę straszne: nie móc chodzić! I po tym wszystkim, co ona zrobiła dla nas, to znaczy dla matki, ucząc ją tej gry! Teraz, kiedyśmy się dowiedziały, że nie będzie mogła grać sama... biedna, biedna dziewczynka... Ale to, co zrobiła dla nas, czy nie mogłoby jej samej dopomóc? Właśnie z powodu gry... przecież mogłaby się cieszyć... to znaczy mogłaby być choć trochę zadowolona...

Milly przerwała, nie wiedząc, co mówić dalej. Zdawało się, że pragnie, aby panna Polly jej pomogła. Tymczasem ta słuchała uważnie, lecz widać było, że z tego, co mówiła Milly, zrozumiała tylko coś niecoś. Słyszała, że Milly jest trochę „dziwna”, ale nie spodziewała się, że aż do tego stopnia! Nie mogła sobie wytłumaczyć całego tego potoku słów bez znaczenia, bezładnych i nielogicznych.