Toteż gdy Milly zatrzymała się, panna Polly odezwała się spokojnie:
— Niezupełnie dobrze cię rozumiem, Milly! Zechciej wytłumaczyć mi dokładniej, co chcesz, abym powiedziała mej siostrzenicy!
— Chciałam tylko, żeby pani w jakikolwiek sposób dała Pollyannie do zrozumienia, ile ona dla nas zrobiła dobrego. Niewątpliwie, ona sama też trochę wie o tym, gdyż nie mogła nie zauważyć zmiany, jaka zaszła w matce i we mnie. Ja również próbowałam grać... trochę!
Panna Polly ściągnęła brwi. Chciała zapytać, co to za gra i na czym polega, lecz nie zdążyła, gdyż Milly mówiła dalej:
— Pani wie, jak przedtem było z matką trudno. Zawsze pragnęła czegoś innego, niż to, co miała; wiecznie była ze wszystkiego niezadowolona, zgryźliwa. Co prawda, nie można było się jej dziwić, wobec stanu jej zdrowia.
Teraz jest zupełnie inaczej, pozwala mi otwierać okno, wszystkim się interesuje, opiekuje się mną! Prócz tego robi skarpetki i ciepłą bieliznę dla szpitala i cieszy się, że może to robić! Wszystko to, proszę pani, jest dziełem Pollyanny. Ona wytłumaczyła matce, że chociaż nie włada nogami, ma jednak ręce i powinna się cieszyć z tego, że może nimi coś robić! Wtedy matka, pomyślawszy nieco, wzięła się do robienia skarpetek i ciepłej bielizny! A gdyby pani widziała, jak się teraz zmienił nasz pokój! Dawniej był ciemny i ponury, tak że aż nieprzyjemnie było wchodzić, obecnie zaś jest jasny, a widma słoneczne z rozwieszonych przez Pollyannę w oknie szkiełek nadają mu wygląd wesoły i promienny! Chciałybyśmy, żeby pani powiedziała Pollyannie, iż całą tę zmianę ku lepszemu zawdzięczamy tylko jej! I niech pani powie jej jeszcze, że jesteśmy szczęśliwe, żeśmy ją poznały i że może ją to choć trochę ucieszy, gdy będzie o tym wiedziała. To już wszystko — dodała zażenowana. — Pani jej to powie? Nieprawdaż?
— Ależ oczywiście, moje dziecko — odpowiedziała panna Polly, nie będąc jednak pewna, czy potrafi dokładnie powtórzyć, co jej w tak bezładny sposób opowiedziała Milly.
*
Pomimo że panna Polly nie wpuszczała do pokoju chorej nikogo, ilość odwiedzin zwiększała się z każdym dniem, a każdy z odwiedzających miał jakieś dla chorej polecenia, które chwilami bardzo zaciekawiały pannę Polly.
Pewnego razu przyszła niejaka pani Benton. Panna Polly znała ją z widzenia, ale przedtem nigdy nie zamieniły ze sobą ani słowa. Była to najnieszczęśliwsza może w całym mieście osoba, gdyż w przeciągu krótkiego czasu straciła męża i dwoje dzieci. Pozostał jej tylko jedyny syn, cała jej pociecha. Chodziła stale w żałobie, ale dziś panna Polly spostrzegła, że miała na sobie biały koronkowy kołnierzyk i kolorowy krawacik.