Panna Polly przez chwilę patrzyła na siebie, potem spojrzała dookoła, lecz nagle wydała okrzyk przerażenia i pośpiesznie cofnęła się do pokoju. Zdziwiona Pollyanna skierowała wzrok w tę samą stronę i zobaczyła na ulicy konia i powóz. Oczywiście natychmiast poznała człowieka, który trzymał lejce i zawołała uprzejmie:
— Panie doktorze! Panie doktorze Chilton, czy przypadkiem nie mnie pan szuka?
— Właśnie ciebie! Zechcesz może zejść?
A tymczasem w sypialnym pokoju panna Polly, czerwona z gniewu, wyciągała szpilki przytrzymujące szal.
— Jak mogłaś, Pollyanno — mówiła z wyrzutem w głosie. — I pomyśl tylko, że mnie w tym przebraniu widziano!
Pollyanna stanęła zmieszana.
— Przecież ciocia wyglądała tak pięknie, tak naprawdę pięknie!
— Pięknie! — powtórzyła z pogardą panna Polly, odrzucając na krzesło szal i zaczęła doprowadzać „do porządku” uczesanie.
— O ciociu, proszę... Niech ciocia tak zostawi...
— Zostawić tak, jak jest? — odparła panna Polly z oburzeniem. — Nie, moje dziecko, przenigdy!