I w mgnieniu oka znikło arcydzieło rąk Pollyanny!
— Ach, jaka szkoda! Ciocia była taka ładna! — mówiła prawie ze łzami w oczach Pollyanna, wychodząc z pokoju.
Doktor czekał na nią w powozie.
— Zapisałem choremu lekarstwo i przyjechałem po nie — rzekł, uśmiechając się. — Jedziemy?
— Pan pewnie ma na myśli receptę do apteki! O, ja to umiem! Dawniej często przynosiłam z apteki lekarstwa dla pań z dobroczynności!
Doktor znów się uśmiechnął.
— Tymczasem chodzi o pana Pendletona, który chciałby cię dziś widzieć, a ponieważ deszcz przestał padać, więc przyjechałem po ciebie. Czy zechcesz pojechać? Odwiozę cię z powrotem przed szóstą.
— Bardzo chętnie, proszę pana — odpowiedziała Pollyanna — tylko muszę wpierw otrzymać pozwolenie cioci Polly.
Za chwilę wybiegła z kapeluszem w ręce, lecz minkę miała poważną, prawie smutną.
— Naturalnie ciocia pozwoliła — zaczął rozmowę doktor, gdy powóz ruszył.