— Cóż u was słychać, jak się macie? — rzekł, witając się z chorą.
Ona siedziała w dawnej pozycji na kanapie i, przechyliwszy głowę w jedną stronę, z dala patrzyła się w niego.
Nagle wybuchnęła nerwowym śmiechem.
— A to wspaniały kontrast teraz: wy i ja! Wy — uosobienie życiowej siły, a ja, ja — suchotnica w ostatnim stadium. Wspaniały kontrast, naprawdę!
On usiadł także i jakimś pół naiwnie dziecinnym, wpół smutnym wzrokiem patrzył się na nią.
— No, co, zgadzacie się ze mną? Byłoby wspaniałe tableau9 z nas obojga w danej chwili. Miałby Wolski, adorator kontrastów, swoją frajdę.
— No, przestańcież10 nareszcie z tymi żartami — rzekł nieco zakłopotany malarz, przypatrując jej się uporczywie.
— Dobrze, dobrze! Zupełnie na serio wam mówię: macie akurat jeszcze czas obstalować sobie czarne ubranie na mój pogrzeb, przypuszczam bowiem, że go nie posiadacie. Tak, tak, finis11! Koniec!
— Ależ to nie może być — rzekł, zapalając się, Wolski, czesząc w zakłopotaniu palcami swą bujną czuprynę.
— C’est fini12! Ale czy wy myślicie, że mnie to cokolwiek obchodzi. Nic a nic — wszystko mi jedno!