Na podwórzu bawiły się dzieci.

Do jej wysokiego mieszkania dochodził tylko jakiś głuchy szmer i oddzielne, głośniejsze krzyki.

Lubiła bardzo taki oddalony szmer.

Zdawało jej się wtedy, że żyje gdzieś daleko, na jakiejś wyspie albo na obłoku, gdzie jest zawsze tak samotna, ale jednak dość blisko, aby przyjmować udział w ich radościach, ich cierpieniach...

Nagle rozległ się w oddalonej ciszy mieszkania ostry dźwięk dzwonka.

Odjęła ręce od twarzy i machinalnie posunęła się naprzód, by lepiej usłyszeć, kto przyszedł.

Ktoś zapukał.

— Proszę! — odpowiedziała nieco zaciekawiona.

Wszedł jej kolega, młody malarz.

Życie tryskało z niego, z jego oczu, postaci i ruchów, młodością i czarem była owiana cała jego istota.