Teraz staje przy murze i przyciska się do niego.

Zdjął kapelusz i wyciera ręką zimny pot z czoła.

Oczy jego szeroko rozwarte wpijają się w każde okno po kolei.

Teraz zaczyna się ślizgać wzdłuż muru.

W domu tym znajduje się piekarnia.

Stoi teraz przed drzwiami i chytrym wzrokiem zawodowego złodzieja mierzy okiem siłę oporu. Potem wyjmuje z kieszeni swoje narzędzia stolarskie i zbliża jedno z nich ostrożnie do drzewa. Robi to wszystko z całym spokojem i jakby automatycznie. Już cienia wahania nie ma na jego twarzy, tylko jakaś głucha, fatalna energia i ostrożność czuwająca...

Wzdrygnął się. Usłyszał blisko ucha jakiś głośny dźwięk. Mimo woli zamknął w pierwszej chwili oczy z wielkiego strachu, ale natychmiast rozszerzył je tym bardziej i obrzucił dom jednym bystrym spojrzeniem.

Wkoło nie widać nikogo. Wszystko po dawnemu cicho, spokojnie. Wstrzymał się w swej robocie i uważnie zaczął się wsłuchiwać w owe ciągle jeszcze drgające dźwięki. I nagle nawet jakiś blady, nieprzytomny uśmiech przemknął się po jego twarzy.

Poczuł, że to tylko chrapanie starej właścicielki piekarni tak go przestraszyło.

Ciche pękanie drzewa rozlega się teraz w głuchej nocy.