Przestraszony wstrzymuje się.

Jeśli to ktoś usłyszał? I znów ogląda się wkoło.

Nie, nie, to nic, szepce sam do siebie i wyciera rękawem zimny pot strachu, a narzędzie swe wpija coraz bardziej w stare, zgniłe drzewo.

A teraz chwieje się coś. Teraz może wyjąć jedną część, drugą. Naraz stoi przed otworem dość dużym, by mógł przesunąć swe ciało.

Nagle mu ręce opadły. Na chwilę wraca mu pełna świadomość swego czynu. Rozgląda się dokoła, jakby szukając pomocy.

— Ja nie chcę, ja nie chcę, jam47 nie złodziej! — szepce coś w nim.

Zapach świeżego pieczywa roznosi się po powietrzu.

I znów bierze górę gryzący głód.

Nieprzytomny od pożądania, rzuca się, wskakuje gwałtownym ruchem przez otwór i łapie z dziką rozkoszą chleb, bułki, pakując wszystko do kieszeni, w bluzę.

— Co tam? Złodzieje, ratunku! — słyszy nagle głos.