Właścicielka sklepu wybiega ze swej alkowy i chce przecisnąć się koło niego do jedynego wyjścia.

— Ratunku, złodzieje! — krzyczy przestraszona.

Wściekły strach go ogarnia. Chwyta babę za gardło.

— A będziesz milczała, jędzo — szepce jadowicie.

— Ratunku! — woła stara baba duszącym się głosem.

— Milcz! — krzyczy jeszcze bliżej, nachylając się nad nią i mocniej ściska ręką jej gardło.

Ucichła.

Z wolna ją teraz puszcza. Ciężkie ciało starej kobiety opada bez życia na ziemię.

Nagle wściekły strach go ogarnia. Włosy jeżą mu się na głowie i krew jakby zatrzymuje się w obiegu. Oczy wpija w leżącą przed sobą postać bez życia.

— Jezus, Maria, Jezusie święty — szepce blady, zaczynając się żegnać raz po raz.