Tss, tss — coś się rusza nad jego głową. Wyskakuje gwałtownym ruchem przez otwór. Zaczyna pędzić do domu.
Pędzi bez chwili wytchnienia. Zda mu się ciągle, że idzie ktoś za nim, że go ktoś prześladuje. Dusi go coś w gardle. Pędzi ciągle naprzód, naprzód przez spokojnie śpiące miasteczko, a długi jego cień za nim, za nim...
Dopiero przy drzwiach swego domu staje i przytomnieje.
— Czy to prawda — czy to prawda? — pyta się nagle.
Opiera się o sztachety parkanu i w rozpaczy zagrzebuje ręce w swych włosach.
— Czy to prawda?
Czuje taką rozpacz straszną, duszącą, że chciałby rzucić się na ziemię, wpić się w nią, włosy sobie wyrywać...
Nagle odrywa rękę od głowy.
— Może to nieprawda? To musi być nieprawda! Chryste Panie — przecież to niemożliwe.
Nagle zawiało dziwnie aromatycznym zapachem.