Bułki!

Jak dzikie zwierzę rzuca się na jedną z nich i połyka ją od razu. O wszystkim zapomniał.

Jak wściekły wpada do swego mieszkania.

— Jeść dzieci, słyszycie? Jeść! — krzyczy i wyrzuca z kieszeni chleby i bułki...

— Jasiu! Marysiu — trzęsie zaspane dzieci — patrzcie, jest chleb. — I sam, jak wściekły, zaczyna im w usta pakować bułki.

A dzieci krztuszą się, ale śmieją się i płaczą z radości, całują nogi ojca, połykając, pożerając chleb.

— A ty, Jago! Cóż ty stoisz i nie jesz? — zwraca się jakimś nieswoim głosem do dziewczyny.

A ona stoi nieruchoma. Wlepiła swe oczy w ojca i patrzy na niego milcząco, jakimś strasznym, tajemniczym wzrokiem.

— Ojcze, skąd są te bułki? — pyta wreszcie głuchym głosem.

On się teraz pełną twarzą odwrócił do niej i żyły gniewu strasznie wyrastają na jego czole.