Głuchy spokój panuje na ulicy; tu i ówdzie tylko mija go jakiś przechodzień, wracający z cmentarza, niby cień cichy. Idzie wolnym krokiem, ręce włożył do kieszeni ciepłego palta, głowę wsunął między ramiona...
Z drzew kapią powoli ciężkie, smutne krople, zabytki ostatniego dżdżu.
Jedna za drugą, jedna za drugą... Ciągle to samo obijanie się o ziemię z tym głuchym pustym łoskotem — jak dni, przesuwające się w tym roku ostatnim, jeden za drugim, jeden za drugim...
Takie puste, takie długie a tęskne...
Rano wstawał, budząc się po kilku godzinach ciężkiego, żelaznego snu — ubierał się machinalnie i kazał sobie podawać śniadanie.
Był zdolny tak nieraz godzinami siedzieć nad filiżanką kawy — wlepiwszy oczy w ten płyn brązowy.
Albo nieraz brał łyżeczkę do ręki i trzymał ją tak kwadrans, albo i dłużej, zapominając zupełnie o jedzeniu.
Nieostrożny ruch ręki budził go z zamyślenia.
Właściwie to nie było zamyślenie, to był letarg, jakaś melancholia, doprowadzana do granic przytomności.
Potem brał machinalnie jakąś gazetę do ręki.