I znów siadywał nad nią godzinę lub dwie.
Ale ani słowa z tego, co czytał, nie rozumiał.
Wreszcie się podnosił i długim, ciężkim krokiem przechadzał się po pokoju.
Nieraz stawał przy oknie i patrzył na przechodniów.
Nieprzytomny jakiś uśmiech przesuwał się po jego twarzy na widok czegoś śmiesznego.
Ale zaraz zastępował go wyraz głuchej martwoty.
Co dzień odwiedzał jej grób.
Wszyscy biedni na długiej alei prowadzącej do cmentarza znali go już dobrze i wyciągali do niego rękę.
Z początku nie zwracał na nich uwagi, ale pewnego dnia przypadkiem spostrzegł ten cały szereg nędzarzy i odtąd, przechodząc koło nich, machinalnie rzucał im po kilka groszy.
Szedł zawsze wolnym, sennym krokiem, zatrzymywał się przy tej samej kobiecie z kwiatami i kupował zawsze też same kwiaty — duże, białe lilie.