Na cmentarzu zawsze tym samym wolnym zmęczonym krokiem zbliżał się do jej grobu.

Nie było na nim ani pomnika, ani tablicy nawet; nieprzyjemną była mu myśl, żeby ktokolwiek obcy czytał jej imię, jej święte imię — i zdawało mu się jakoby ta tablica z jej imieniem była profanacją. — Nie miała ona dla niego nazwiska, nie miała wieku; była ona dlań nie kochaną zmarłą jednostką, ale wcieleniem szczęścia, słońcem życia — wszystkim.

Z chwilą jej śmierci — wszystko utracił.

W pierwszych czasach po jej zgonie klękał na ziemi, przyciskał głowę do jej grobu i pozostawał tak długo bez myśli, tylko z jednym uczuciem bezbrzeżnego bólu.

Potem się nieco odsuwał i rozpamiętywał ich wspólne życie — wszystkie chwile szczęścia przeżywał po tysiąc razy, powtarzał sobie wszystkie jej słodkie słowa.

Zdarzało się, że nagłym ruchem zarzucał ręce na grób i wybuchał długim, rozpacznym płaczem.

Zdarzało się, że krzyczał głośno: „to nie może być, to nie może być, nie wytrzymam, nie wytrzymam!”.

Ale to tylko w pierwszych czasach.

Potem się dziwnie uspokoił: jakaś głucha martwota zapanowała na jego twarzy i tylko rzadko przesuwał się po niej wyraz rozpaczy.

Po dwóch, trzech godzinach wstawał i wracał do swego cichego, martwego mieszkania.