Rozmyślał nieraz, że gdyby mu była zostawiła53 dziecko, miałby choć coś, w czym by cząstka jej istoty się przechowała, odżyła, coś, na co mógłby całą siłę swej miłości przenieść, coś, co by go pieściło łapkami, przypominającymi jej ręce, oczami, w których by się jej dusza odbijała.
A tak był sam, sam z tą głuchą beznadziejnością.
Co dzień, o tej samej porze, odbywał przechadzkę po wszystkich pokojach swego mieszkania.
Co dzień wchodził do sanktuarium, jak on jej pokój nazywał, podchodził do wszystkich jej mebli i całował je ostrożnie, delikatnie, jakby się bał je zepsuć... Potem się zbliżał do wieszaka, na którym wisiały jej suknie, jakie miała na sobie w przeddzień śmierci.
Stawał i zanurzał swą zmęczoną twarz w te materiały, w których jej ciało oddychało, drżało, żyło.
Całował po tysiąc razy te rękawy, które przykrywały jej białe, cudne ramiona, z których wyrastały ręce, niby lilie na wiotkiej łodydze.
Przyciskał do ust swych tę wstążkę, która opasywała jej gibką postać, niby powój brzozę.
I stał tak kwadranse całe, godziny...
Wreszcie zmęczony, machinalnie opuszczał jej pokój i wracał do swego gabinetu.
Kazał sobie ustawić drugie biurko, nie chcąc ruszać tego, które ona mu ostatni raz sprzątnęła.