Właściwie od chwili jej śmierci nic nie robił.
Nieraz brał pióro do ręki i chciał pisać.
Ale siedział godzinami całymi nachylony, wpatrzony w biały arkusz papieru, a pióro było bezczynne.
Albo pokrywał cały arkusz jakimiś hieroglifami nieczytelnymi.
Gdy szara godzina nadchodziła, siadywał na kanapie i krył twarz w dłonie, wsłuchany w głuchą ciszę pokoju — od czasu do czasu tylko dolatywał do niego jakiś przytłumiony dźwięk z oddalonej kuchni, a wkoło niego była cisza, martwa cisza.
I wtedy zdawało mu się, że przysuwa się coś cichym, lekkim, bezcielesnym krokiem i kładzie mu rękę na głowie, miękką, kochaną rękę.
I czuł jakiś lekki oddech przy sobie, ciepły, znany...
Gdy oczy otwierał, była wkoło niego głucha, szara, martwa, zimna pustka.
Tylko raz zdawało mu się, gdy siedział, jakby przez drzwi przesunął się lekki, biały cień ze świecą w ręku.
Ale to tylko raz jeden.