Co dzień przychodziła doń matka: siadała przy nim i przytulała do siebie jego głowę — jak dziecka małego...

Pozwalał na wszystko z wielką, głuchą obojętnością — machinalnie tylko brał jej rękę i całował ją.

Tylko raz opanował go straszny gniew — wtedy, gdy matka zaczęła go namawiać, by zmienił mieszkanie pełne wspomnień o niej i wziął się do pracy, do życia.

— Przecież ty nie żyjesz, zlituj się! Patrzeć na to nie mogę, ty się zabijasz! — mówiła biedna, zakłopotana kobieta.

Ale on się opierał.

Im bardziej go namawiała, tym uporczywiej obstawał przy swoim.

Wreszcie wybuchnął gniewnie: wszystko mu zabrać chcieli, nie dość, że śmierć mu ją zabrała, nie, nawet wspomnienia zatrzeć chcą, nawet pamiątki zabrać!

Od tego czasu matka milczała.

Niekiedy wstępował który z przyjaciół dawniejszych dni i starał się go rozweselić.

Ale on na wszystko zasadniczo nie odpowiadał.