Straszny atak kaszlu porwał ją w tej chwili.

— Nie pamiętam nic więcej — mówiła ochrypłym głosem — nic więcej nie czułam. Obudziłam się, gdyż już było zupełnie ciemno.

Dowlokłam się z wielkim trudem do łóżka. Czułam tylko w swej głowie jakiś wielki ciężar i bezgraniczną pustkę zarazem.

Tamto gorączkowe naprężenie siły nerwowej minęło bezpowrotnie.

Ha, ha, ha! Tak skończyło się to moje ostatnie natchnienie, ostatnie... czy wy rozumiecie to, co ja mówię, ostatnie... Tak się skończyło to, co miało być epilogiem mojej działalności artystycznej, co miało odtworzyć treść mojej sztuki, tej życioradosnej, którą uwielbiałam.

Ha, ha, ha! Ha, ha, ha!

Rzuciła się na kanapę, śmiejąc się spazmatycznie przez kilka chwil. Zdawała się napełniać cały pokój tą straszną rozpaczą, która nią targała, zdawało się, że wszystkie jej obrazy przejmują się jakąś grozą i smutkiem bezbrzeżnym, że melodia duszy ich twórczyni nie została wyśpiewana i zniknie z nią bez śladu.

Wreszcie uspokoiła się. Podniosła się na wpół i melancholijnie jęła się wpatrywać w młodego malarza.

— A co wy na to powiecie? — pytała smutnie jak dziecko.

On siedział przed nią, ukrywszy twarz w dłoniach.