Złotawe, lśniące włosy otaczały proste, wąskie czoło, dziwnie zamyślone, jak gdyby nad jedną jakąś wielką tajemnicą.

Była żoną i matką, ale tylko z rzadka widziano ją z dziećmi i wtedy pieściła się z nimi, bawiła się jak kwiatami.

Była zawsze cicha i smutna.

Nieraz tylko, rzadko bardzo, jakiś błędny uśmiech przesuwał się po jej twarzy, aby znów zaniknąć w wielkim, tęsknym zamyśleniu.

Usta miała wąskie, z lekka rozchylone, jakby w jakim wiecznym pragnieniu.

Rzadko zmieniał się wyraz jej twarzy i wtedy nagle pojawiało się w jej oczach jakieś strasznie bolesne, namiętne pragnienie, i ręce jej ściskały się w nerwowym uścisku... Ale po chwili powieki znów zakrywały tajemniczy ogień jej duszy.

Nieraz z samego rana opuszczała dom swój i powracała późno w nocy.

Można ją było widzieć wtedy, jak przez cały dzień błądziła po polach lekkim, motylowym krokiem, rytmicznie kołysząc się. Wtedy jej oczy nabierały dziwnego blasku i pierś jej szybciej podnosiła się.

Rozpościerała nieraz szeroko ramiona, jak gdyby chciała ogarnąć ziemię całą w swoim uścisku, i wielki, radosny uśmiech oblewał jej całą postać.

Brodziła tak po polach dniami całymi. Nieraz nagle stawała, obejmowała jakieś drzewo rękami, przytulała twarz do niego, jakaś cicha, nieświadoma łza zsuwała się po jej twarzy...